Rusza 34. Przegląd Piosenki Aktorskiej!

Asaf Avidan, Alina Janowska, Matylda Damięcka i Zbigniew Zamachowskito tylko niektóre wielkie nazwiska wśród gwiazd, które zagoszczą we Wrocławiu. Od piątku, 15 marca, czeka nas 10 dni artystycznej przygody. Rusza 34 Przegląd Piosenki Aktorskiej!

Czytaj dalej

Audio-Video-Intimo, czyli nowa premiera Capitolu. Część 2 – Zła miłość w silent theatre

Głosy w mojej głowie świdrowały czaszkę, a ciało zastygło w napięciu przez półtorej godziny. Tak krótko mogę opisać swój stan podczas oglądania Sex Machine, najnowszego spektaklu Teatru Muzycznego Capitol w reżyserii Tomasza Mana. Spektakl pulsujący, ściśle metryczny w każdej sekundzie, oparty na historii rodem z greckiej tragedii. Przeniesiony z radiowego eteru na scenę teatru.

Sex Machine to podszyte organiczną seksualnością nietypowe przedstawienie muzyczne. Muzyczne – bo poza towarzyszącą oprawą zespołu Karbido, świetnie oddającą złowrogą atmosferę akcji, to jak na eksperyment sceniczny przystało, aktorzy „zagrali” na przeróżnych „instrumentach”, które oprócz wydawanego dźwięku niosły za sobą znaczenie symboliczne: w uszach brzmiały ostrzone o siebie noże, bębniły tekturowe pudła, a w preludium sceny erotycznej soczyście zagrały… cytryny.

Czytaj dalej

Audio-Video-Intimo, czyli nowa premiera Capitolu. Część 1 – Zapowiedź. Wprowadzenie.

23 maja na Małej Scenie Teatru Muzycznego Capitolodbyła się próba medialna najnowszego spektaklu zatytułowanego Sex Machine w reżyserii Tomasza Mana, z muzyką zespołu Karbido. I to próba niezwykła, ponieważ wszyscy zostaliśmy wyposażeni w słuchawki, dzięki którym mogliśmy posłuchać aktorów i towarzyszące im melodie.

Po krótkim kursie obsługi słuchawek zobaczyliśmy pierwszą scenę – Prolog, który wprowadził widzów w perypetie postaci. Są One – Matka (Justyna Szafran) i Narzeczona (Justyna Antoniak) oraz Oni –Syn (Konrad Imiela) i Przyjaciel (Cezary Studniak). Są antycznym chórem i bohaterami w jednym, ubrani bezpłciowo, na biało. Przedstawiają historię Matki i jej zaborczej, chorej miłości do Syna oraz niechęci do Narzeczonej… Czy odbędzie się grecka tragedia? To odkryjemy niebawem, ale jak zapowiedział Konrad Imiela będzie też nieco o samej Grecji – lecz jako miejsca wakacyjnego.

\"\"Ale oprócz fabuły ciekawy „motyw przewodni” stanowią właśnie słuchawki. Jak się okazało, to nie pierwszy taki projekt teatralny we Wrocławiu. Teatr Ad Spectatores w spektaklu Hemofilia również ucieka się do takiego chwytu. Sceptyczny Widz-konserwatysta może zadać sobie pytanie: po co mi słuchawki w teatrze? Twórcy Sex Machine zgodnie odpowiadają, że taki odbiór spektaklu pozwala na, paradoksalnie, większą swobodę i stworzenie pewnej intymnej przestrzeni. Widzowie mogą podczas przedstawienia zdecydować, czy chcą słuchowiska, bo takim Sex Machine pierwotnie był, zamknąć oczy i nie zwracać uwagi na wiercącego się sąsiada obok, czy zdjąć słuchawki i oglądać przedstawienie – ale już bez muzycznej oprawy zespołu Karbido, co wiele ujęłoby recepcji spektaklu…

Jak działają słuchawki i czy na Małej Scenie wypełni się antyczne Fatum dowiemy się już na premierze 25 maja. Kolejne spektakle odbędą się 26, 27 i 29 maja oraz 12 i 13 czerwca.

Karolina Żurowska

Marcowy numer "Kontrastu"

Kolejny 30. już numer naszego miesięcznika dostępny jest w sieci!

\"\"

Chcesz poczytać? Kliknij TUTAJ!

Czytaj dalej

Wszyscy jesteśmy Frankensteinami

23 listopada miała miejsce premiera najnowszego spektaklu teatru muzycznego Capitol pod tytułem Frankenstein w reżyserii Wojciecha Kościelniaka. Jego twórca opowiedział nam o tym, dlaczego ważniejsze od samych zjawisk są ich przyczyny i o tym, że gwiazdy są znacznie bliżej, niż nam się wydaje.

Jakub Kasperkiewicz: Lubi się Pan bać?
Wojciech Kościelniak: Nie, raczej nie mam czegoś takiego, że lubię się bać. W moim spektaklu strach – który nam towarzyszy, czy tego chcemy czy też nie – jest wykorzystany raczej jako nośnik jakiejś historii. Nie, niespecjalnie lubię się bać… wolę spokój. (śmiech)
J.K.: Pytam, bo jest wiele osób, które w pewien sposób fetyszyzują to uczucie i polują na przykład na filmy, które by je w nich wzbudziły. Jednak produkcje o Frankensteinie, zwłaszcza wcześniejsze, bazują na czymś bardziej wysublimowanym, atmosferycznym, niż ten toporny rodzaj strachu, jaki spotyka się w dużych ilościach dzisiaj.
W.K.: Ten „strach” odczuwany z bezpieczeństwa fotela podczas oglądania filmu to tak naprawdę żaden strach. Ja oczywiście rozumiem, o co chodzi – to są pewne napięcia, które się czuje, pewne sposoby manipulowania odbiorcą przez reżysera. My pewnie też próbujemy się w to zabawić w spektaklu, ale raczej umiarkowanie. Natomiast oczywiste jest, że te hollywoodzkie filmy o Frankensteinie sprzed wojny, tylko częściowo bazujące na niemieckim ekspresjonizmie, z dzisiejszego punktu widzenia nas nie straszą. Dla mnie zdecydowanie ciekawsza w tym jest zabawa w strach. Temat, który jest tam podany, który wtedy próbowano mniej lub bardziej serio rozpatrywać – Prometeusza, człowieka, który mierzy się z własną chciwością i pychą – umieszczony jest w sztucznej konwencji. Wierzę w to, że takie właśnie sztuczne formuły, jak na przykład operetka, film grozy czy czysty kryminał, z jednej strony brną w naiwność, ale z drugiej tworzą czysty świat, tak idealny i nieprawdziwy, że aż stający się metaforą. W związku z tym stają się bardzo pojemne, jeśli chodzi o opowiadanie rzeczy niejednoznacznych.

\"\"
J.K.: W takim razie dlaczego postanowił Pan zmierzyć się akurat z Frankensteinem? Skąd ten pomysł? Wcześniej wziął Pan na warsztat Dostojewskiego.
W.K.: Dostojewski to oczywiście zupełnie inny ciężar literatury. Uważam, że o rzeczach istotnych można opowiadać zarówno za pomocą tekstów bardzo ważnych, które się nie starzeją, takich jak „Idiota”, ale można też to robić przy pomocy kłamstwa. Tak robił na przykład Fellini. Opowiadał rzeczy pozornie banalne, śmieszne, dziwaczne, ale wyzierała z tego prawda. Nasz Frankenstein w zamierzeniu – i mam nadzieję, że przynajmniej w jakiejś części nam się to udało – jest spektaklem o chciwości, o tym motorze naszej współczesnej egzystencji. Z jednej strony chodzi o błogosławieństwo ludzkości, polegające na tym, że ciągle pragniemy, mamy marzenia, chcemy wykroczyć poza horyzont, a z drugiej – kiedy nam się to już zaczyna udawać, nie potrafimy się zatrzymać i idziemy zdecydowanie za daleko. Wydaje mi się, że znalezienie właściwiej równowagi, wytyczenie granicy pomiędzy marzeniem a chciwością jest tematem tego spektaklu.
J.K.: Mówi Pan o marzeniach, a ja, oglądając spektakl, skupiłem się na węższym aspekcie, czyli nauce – jaki jest Pana stosunek do jej granic, zastosowań i tego, że te granice musimy tak często rewidować? Pomysł Frankensteina pochodzi z początku XIX wieku, a tak naprawdę z roku na rok staje się coraz bardziej aktualny.
W.K.: Nie ukrywam, że w tym spektaklu nauka jest w głównej mierze metaforą. To, czego Wiktor Frankenstein oczekuje od nauki, jest tym samym, czego zdolny architekt, planujący wykroczyć poza jakieś normy, oczekuje od projektu domu, który będzie wykonywał. To samo w wypadku malarza, który pragnie odmienić losy malarstwa, czy lekarza chcącego wykonać operację, której nikt jeszcze nigdy nie zrobił. Myślę, że każdy z nas w zawodzie który sobie wybrał, chce sięgnąć do gwiazd i to jest piękne. Tylko niestety czasem nie zauważamy, że te gwiazdy są dużo bliżej, niż nam się wydaje, a kiedy do nich zmierzamy, to idziemy po trupach. I często w wyniku tego powstaje potwór. Zamiast gwiazd na końcu jest jakaś otchłań, przepaść. To jest dla mnie dużo ważniejsze, niż jakaś prawdziwa wartość naukowa tego spektaklu, której, jak wiadomo, nie ma. Wszystkie nazwy, które tam padają, są wyłącznie zabawą skonstruowaną tak, żeby można było podążać za historią. Jednak rzeczywiście, jeżeli chodzi o temat nauki, dokąd ona prowadzi i może prowadzić, to tezy Frankensteina są nadal jak najbardziej aktualne. Z jednej strony może ona sprawić, że nasze życie będzie lżejsze, ciekawsze, wygodniejsze, natomiast przy okazji nie zawsze sobie radzimy z jej skutkami i wtedy powstają Frankensteiny. Nie chciałbym jednak demonizować tego tematu w spektaklu. Został on wcześniej już na tyle ciekawie opowiedziany w historii teatru czy filmu, że u nas został potraktowany dość pobieżnie. Jedynie zaznaczyliśmy ważkość tego tematu. Nie sądzę, żeby ktoś skupiony na tym elemencie mógł dużo wynieść z tego przedstawienia, bo nie było to naszą intencją.

\"\"
J.K.: Spektakl w dużej mierze ma charakter komediowy – publiczność na premierze śmiała się często i głośno. Nie bał się Pan, że te zabawne momenty, których było naprawdę wiele, mogły przyćmić te, w których chciał Pan powiedzieć coś na serio? Czy była taka chwila, w której czuł się Pan zawiedziony przez publiczność pod tym względem?
W.K.: Nie, absolutnie się nie zawiodłem. Ten spektakl jest świadomie zbudowany wielowarstwowo. Staramy się go stworzyć tak, żeby każdy widz otrzymał to, czego sam od niego oczekuje, ale również co sam od siebie da. Osoby, które umieją patrzeć wielowarstwowo odczytają pod komedią – i wiele osób tak to też odebrało – tę drugą warstwę. Natomiast jeśli ktoś chce po prostu zabawy komediowej, to też ją otrzyma. W żadnym wypadku się nie boję, że warstwa komediowa coś zagłuszy, bo wydaje mi się, że ten balans pomiędzy komedią a próbą powiedzenia serio pozwala nam uniknąć banału i stworzyć świat, który – przynajmniej dla mnie – jest najbardziej interesujący. Nie skręcający za bardzo ani w kierunku grozy, ani w kierunku komedii, ani za bardzo w kierunku sentymentalizmu, który też się przecież pojawia w tym spektaklu, ani w kierunku brutalności. Manewrując szybko tymi wartościami, można stworzyć coś będącego pomiędzy, co jest mniej nazywalne i przez to ciekawe.

Cały wywiad dostępny jest w najnowszym numerze \”Kontrastu\”.

Zdjęcia: Magda Oczadły

Od Jerrey\’ego Springera do Jacquesa Brela

Organizatorzy Przeglądu Piosenki Aktorskiej przez wszystkie poprzednie edycje, zdążyli przyzwyczaić miłośników piosenki aktorskiej do różnorodności prezentowanych spektakli czy koncertów. W tym roku zapowiada się jeszcze ciekawiej. Przez dziesięć dni, między 23 marca a  1 kwietnia, na scenach Teatru Współczesnego (Scena na Strychu), Centrum Sztuki „Impart”, Małej Sceny CAPITOLU, a także w Centrum Kultury i Edukacji Żydowskiej „Synagoga pod Białym Bocianem”, Sali Koncertowej Radia Wrocław oraz w klubowej przestrzeni PUZZLI, będziemy mogli zobaczyć i posłuchać nie tylko koncertów, ale także wielu spektakli, w których piosenka zajmuje pierwsze miejsce.
Wśród najciekawszych wydarzeń warto wymienić chociażby „Jarry Springer- the opera” – pierwszy musical wyreżyserowany przez jednego z najciekawszych twórców teatralnych Jana Klatę. Wart uwagi jest również „Tuwim dla dorosłych”, spektakl odnoszący w Warszawie ogromne sukcesy. Jako że PPA to nie tylko polscy artyści, z niecierpliwością czekam na  występ La Gateau Chocolat, który w programie zapowiadany jest jako „czarująco bezczelny występ niepokornego czarnego Brytyjczyka” a także koncert zespołu VulgarGrad z Australii, w którym występuje Jacek Koman. Wielkim wydarzeniem będzie również występ Marii Raducanu i Marca Ribota – artyści spotkali się, by nagrać wspólną płytę i nigdy wcześniej razem nie koncertowali. Widzowie 33. PPA będą mieli więc niepowtarzalną okazję uczestniczyć w unikatowym i niepowtarzalnym występie Rumunki i Amerykanina.

\"\"
Gdy mówi się o Przeglądzie Piosenki Aktorskiej, trudno nie wspomnieć o koncercie finałowym. Znajdą się w nim finaliści Konkursu, którzy zaprezentują swoje utwory po tygodniowych warsztatach mistrzowskich prowadzonych przez m.in. Olgę Szwajgier i Marcina Przybylskiego. W drugiej części wystąpi Justyna Szafran wraz z Krzystofem Nowikowem, Zbigniewem Łożwyłem i Cezarym Studniakiem.  Koncert pt. „Plugawe oko poety” inspirowany jest artystami wyklętymi i to teksty m.in. Bukowskiego, Ginsberga, Benna usłyszymy 30 marca.
Wisienką na torcie będzie koncert Galowy pt. „Tak jest”. Reżyser tegorocznej gali- Wojciech Kościelniak – podejmie się interpretacji twórczości Jacquesa Brela. Ponad 20 piosenek belgijskiego barda wykonają polscy artyści piosenki: Justyna Antoniak, Katarzyna Groniec, Barbara Melzer, Bartosz Porczyk, Modest Ruciński, Cezary Studniak czy Tomasz Więcek.
33. Przegląd Piosenki Aktorskiej zapowiada się równie ciekawie jak poprzednie edycje. Jednak w tym roku nacisk położony jest bardziej na spektakle muzyczne niż koncerty. Jest to z pewnością pewna nowość, która może odświeżyć nieco formułę Przeglądu. Czy to będzie dobre rozwiązanie? Przekonamy się już pod koniec marca.
Bilety na spektakle będą do kupienia od 1 lutego.
Więcej informacji i cały program na stronie www.ppa.art.pl

Joanna Figarska

Śmiech przez krew

Idąc na premierę Frankensteina w reżyserii Wojciecha Kościelniaka minąłem mnóstwo eleganckich osób, ale nie wszystkie zmierzały w to samo miejsce co ja. Dosłownie w budynku obok, w Hali Stulecia, za chwilę miał się zacząć koncert Gorana Bregovića, czyli, chcąc nie chcąc, impreza konkurencyjna. Ale kiedy już kilkanaście metrów przed Regionalnym Centrum Turystyki Biznesowej, w którym spektakl jest wystawiany, zobaczyłem szpaler zakapturzonych postaci trzymających pochodnie i czarne flagi z literą „F”, wiedziałem, że zmierzam w dobrym (czyli złym) kierunku.

Na spotkaniu dla mediów dowiedziałem się, że największym wyzwaniem dla ekipy była konstrukcja sceny i ogólnie całej sali (w tym brak balkonu) w budynku Regionalnego Centrum Turystyki Biznesowej. Konrad Imiela zauważył, że najważniejszym wymiarem w teatrze jest głębokość przestrzeni, na której się wystawia, a z tym akurat w RCTB jest bardzo kiepsko – trzeba było między innymi wyjąć kilka rzędów krzeseł, aby się ze wszystkim pomieścić. Im bardziej w trakcie spektaklu czuć było, że nie jest to miejsce przyjazne aktorom i wszelkiej maści realizatorom (a było parę takich momentów), tym większy podziw wzbudzała ich sprawna wspólna praca. Nie przypominam sobie żadnej widocznej, poważniejszej wpadki spowodowanej tymi utrudnieniami – z ekipą Capitolu jest chyba jak z tym koniem, co i po błocie pójdzie.

Wszyscy wiedzą, o co mniej więcej chodzi we Frankensteinie. Należy on do tak rozpowszechnionych popkulturowych motywów, że aby się orientować, w zasadzie nie trzeba obejrzeć w całości żadnego z filmów opowiadających tę historię – a jest ich naprawdę sporo. Są wersje straszne, zabawne lub stawiające na klimat. Kładące nacisk to na postać monstrum, a to głównie na twórcę, doktora Frankensteina. Nie wspominam już nawet o znajomości powieści – została ona napisana w roku 1818 i właśnie sama data powstania może niektórych odstraszyć. To swoją drogą ciekawe, że postacie z gotycko-romantycznej  powieści reprezentującej wczesne science-fiction z początku dziewiętnastego wieku zagnieździły się tak dobrze w popkulturze. Często zdarza się, że to sam potwór nazywany jest Frankensteinem, co jest oczywiście błędem, ale tak często popełnianym, że aż „oswojonym” i wybaczalnym. Zresztą, pod koniec spektaklu znajduje się odwołanie do tej praktyki.

\"\"

Reżyser zapowiadał, że nie ma co doszukiwać się w jego spektaklu elementów powieści, natomiast wyraźnie będzie widać, że mocno inspirował się filmem z 1931 roku, w którym rolę monstrum grał Boris Karloff. Nie wiem czy to nie nietakt z mojej strony, ale ja odniosłem trochę inne wrażenie. Od najsłynniejszej ekranizacji z Karloffem musical Wojciecha Kościelniaka różnił się znacznie, choćby w tym, że reżyser potraktował historię Victora Frankensteina „kompleksowo” – zaczyna od opowieści o jego początkach na uczelni, ładnie wprowadza postacie skupione wokół głównego bohatera, umiejętnie stawiając je w kontrapunkcie do reszty studentów, którzy są bardzo nieprzyjaźni i służalczy względem profesora. Film, o którym mowa, zaczyna się właściwie „w środku” całej fabuły i traktuje istotne (zwłaszcza psychologiczne) motywy dosyć zdawkowo, co jest oczywiście zrozumiałe ze względu na rok produkcji i czas trwania (67 minut), a czego nie można powiedzieć o spektaklu. Jeżeli już miałbym się doszukiwać w spektaklu obecności ducha któregoś z filmów o Frankeinsteinie, to zdecydowanie powiedziałbym, że dominował Młody Frankenstein w reżyserii Mela Brooksa. Samo to nazwisko już właściwie mówi wszystko – chodzi o parodię. Spektakl Kościelniaka mimo obecności mrocznych momentów, pełnych napięcia i dramatyzmu, w przeważającej mierze ma charakter komediowy – wybuchy śmiechu wśród publiczności były częste i głośne. Pojawiły się również motywy obecne w książce, ewentualnie w filmach ściśle się jej trzymających (vide wersja z 1994 z Robertem DeNiro).

Jeżeli w czymś miałbym się jeszcze nie zgodzić z oceną reżysera jego własnego spektaklu, to byłaby to ilość „scenicznego okrucieństwa”. Zapowiadał on bowiem, że właściwie w ogóle nie będzie epatowania przemocą, czyli tym samym klimatu horroru, a tymczasem było kilka krwawych motywów rodem z mroczniejszych rejonów kinematografii (względnie historii). Nie jest to oczywiście zarzut, bo groteskowy klimat uzyskany przez zestawienie elementów komediowych z okrutnymi (ale nie strasznymi) poczynaniami monstrum był jednym z ciekawszych aspektów tego przedstawienia. W końcu dwuipółmetrowy dryblas z mózgiem mordercy nie może podejmować przemyślanych działań, ani być zbyt delikatny. Stąd też potwór jest bardziej wiarygodny w swoim szaleństwie, odnosząc przy okazji sukces jeśli chodzi o zaskarbianie sobie sympatii publiczności. Tym samym na scenie Capitolu dokonuje się pewna dekonstrukcja tej postaci poprzez połączenie w niej Borisa Karloffa, Christophera Lee i zastępu innych niesympatycznych zombie, z reagującym na dźwięk skrzypiec monstrum Mela Brooksa i archetypowymi „sympatycznymi głupkami”. A że są momenty mroczne i okrutne, na samym początku delikatnie zasugerował głos Konrada Imieli, który życzył „miłego… ekhm, udanego wieczoru”.

\"\"

Teoretycznie jest to musical, ale pojawia się sporo momentów „mówionych”, co wskazuje na to, że element muzyczny jest w pewnym stopniu służebny względem historii, fabuły, którą reżyser chciał opowiedzieć. Jak już pisałem, cała opowieść przedstawiona jest wyczerpująco – spektakl z przerwą trwa dwie godziny i pięćdziesiąt minut. Dzięki temu „przemiana” Victora Frankensteina z ciekawskiego naukowca w szaleńca z kompleksem Boga jest dobrze naświetlona i wiarygodna. Motyw relacji stwórca-twór został przyozdobiony czytelną aluzją do pewnego renesansowego dzieła, a sama refleksja nad mroczną i jasną stroną nauki oraz skutkami niezachowania pewnych granic w tej materii była przedstawiona w sposób mniej toporny niż w filmie z 1931 roku.

Właściwie brakło mi tylko dwóch rzeczy. Przede wszystkim muzyki na żywo – niektóre piosenki są naprawdę dobre i na pewno brzmiałyby jeszcze lepiej w wykonaniu zespołu. Mogę się tylko domyślać, że na przeszkodzie ku realizacji takiego zamysłu stały warunki, w których wystawiano – cała przestrzeń została wykorzystana doszczętnie i nie było już ani trochę miejsca na jakiegokolwiek muzyka. Drugi element, który bym chętnie zobaczył jako część tego spektaklu to bardziej rozbudowana scenografia laboratorium Victora Frankensteina. Wydaje mi się, że to jeden z istotniejszych smaczków wszystkich ekranizacji: archaiczne, złowrogo wyglądające urządzenia, szklane naczynia z różnokolorowymi bulgocącymi cieczami i dziwne konstrukcje do przewodzenia prądu – to wszystko na pewno spotęgowałoby niezwykły klimat przedstawiania. Ale na pewno byłoby to bardzo trudne zarówno z powodu przywołanego wyżej, jak i ze względu na przyjętą konwencję oszczędnej scenografii i wykorzystania rekwizytów.

Bez wątpienia do tego, że capitolowski Frankenstein jest widowiskiem efektownym i ekscytującym przyczynił się duet Mariusz Kiljan i Cezary Studniak. Ten pierwszy już chyba zawsze będzie mi się kojarzył z sympatycznym teleturniejem „Budujemy mosty”, który bardzo lubiłem w dzieciństwie, więc zobaczenie go w roli tak ekspresyjnej i skomplikowanej psychologicznie było bardzo interesującym przeżyciem. Aktor grający monstrum miał również spore pole do popisu, a to ze względu na to, że reżyser postanowił „dać mu głos”, podczas kiedy w większości filmów zasadą jest, że potwór wydaje z siebie tylko różne dziwne nieartykułowane dźwięki. Świetna była również postać rozgadanego Igora, który dzięki swojej nieudanej wyprawie po mózg geniusza tak naprawdę przecież przyczynił się do tragicznego (ale „klasycznego”) rozwoju wypadków.

Rozbudowany finał, w pierwszej części zdecydowanie apokaliptyczny, zawiera dużą dawkę czarnego humoru i realizuje pomysł, który chyba nie znalazł się w żadnym filmie o Frankensteinie. Roztoczona w nim wizja jest dosyć przerażająca, dlatego dobrze jest mieć świadomość, że to tylko sympatyczni aktorzy śpiewają na scenie takie straszne, eschatologiczne rzeczy. W jego drugiej części zostają już tylko ojciec i syn, Bóg i Adam, stwórca i jego dzieło, ale już nie pan i władca, a jeśli już, to w odwrotnym układzie. Epicki musical-horror-komedia – tego chyba jeszcze nie było we Wrocławiu. Dlatego tym bardziej warto się wybrać.

Jakub Kasperkiewicz

fot. Marcin Wenger / Teatr Muzyczny Capitol

Nadchodzi "Frankenstein"…!

Galeria

[slideshow] 15 listopada w Regionalnym Centrum Turystyki Biznesowej przy ulicy Wystawowej 1 odbyło się krótkie spotkanie dziennikarzy z personelem Teatru Muzycznego Capitol w związku nadchodzącą premierą musicalu „Frankenstein” Wojciecha Kościelniaka. Rzecznik prasowy Joanna Kiszkis oraz dyrektor Konrad Imiela po krótkim … Czytaj dalej