Obejrzeć, przemyśleć…zapomnieć

Okres między Walentynkami i Dniem Kobiet jest niewątpliwie czasem, w ciągu którego repertuar kinowy jest wypełniony ckliwymi wyciskaczami łez i komediami romantycznymi. Wszystko co zawiera w swojej fabule słowa: miłość, namiętność, flirt i ogień na ogół ma we wspomnianym czasie dość duży wskaźnik popytu. Dobrze sprzedaje się także zraniona miłość, cierpienie i umieranie z miłości. Dzieje się tak przede wszystkim za sprawą płci brzydkiej, która zamiast wspiąć się na wyżyny swojej wyobraźni i zapewnić nam nowe niesamowite wrażenia, zazwyczaj nabywa dwie wejściówki do kina na seans, który ma spodobać się nam, czyli szeroko pojętej płci pięknej. Bo jak wiadomo jesteśmy na ogół romantyczkami, uginają nam się kolana na widok Orlando Bloom’a i lubimy publicznie się wzruszać. I właśnie ten proces miał stanowić podwaliny wątpliwego sukcesu produkcji I że cię nie opuszczę.

Czytaj dalej

Nieuchwytna zagadka Prezydentek

Choć Prezydentki, spektakl Krystiana Lupy oparty na podstawie tekstu Wernera Schwaba, można oglądać w Teatrze Polskim od 1999 roku, niżej podpisanej dopiero w tym miesiącu udało się na niego wybrać. Wybrać się, zachwycić i postawić sobie pytanie: z czego płynie doskonałość tego przedstawienia? Mimo prawdopodobnej nierozstrzygalności tej zagadki, spróbuję poszukać cząstkowych odpowiedzi.

Czytaj dalej

Armagedon was yesterday,today we have a serious problem….

Gdy „intryga” staje się słowem-kluczem, człowiek wytęża wszystkie zmysły i chwyta się najgorszych myśli, by rozwiązać zagadkę. Intryga może nas zniszczyć, doprowadzić do obłędu, lub… wynieść na wyżyny. Z frustracją stanowi mieszankę wybuchową, swoistą nitroglicerynę, którą przesiąknięty jest scenariusz filmu Dziewczyna z tatuażem. Oto brutalna historia, której szczęśliwy koniec jest względny… Czytaj dalej

Bunt jeszcze nie ustateczniony

Tytuł: Pod światło\"\"

Autor: Jacek Podsiadło

Rodzaj: e-book

Rok: 2011

\”Pozwolę sobie zacząć od krótkiej osobistej wycieczki. Zdziwiłem się niezwykle mocno, gdy kilka dni temu na mojej skrzynce znalazłem maila od Jacka Podsiadły, który informował, że własnym sumptem, w formie e-booka, wydał nowy tomik wierszy Pod światło. Dziwowałem się tym bardziej, że wspomniany poeta, to bądź co bądź pisarz uznany – obok Świetlickiego twórca poważnej rewolucji w rodzimej liryce na początku lat dziewięćdziesiątych – a mimo to musi uciekać się do self-publishingu. Gdy zajrzałem do środka zbioru, zrozumiałem, co mogłoby być przyczyną takiego stanu rzeczy.

Otóż dawno nie czytałem książki, która byłaby tak mocno zakorzeniona w rzeczywistości społecznej i politycznej. Podsiadło wymierza razy na prawo i lewo, nie oszczędzając ani rządzących, ani księży, ani nauczycieli, ani Boga… W zasadzie łatwiej byłoby powiedzieć komu się nie dostaje. Frazy takie jak:W sado-masochistycznym trudzie, ledwo się tylko zacznie maj,/
egzaminują, molestują, przymus ich kręci, impotenci,/ onanizują się ojczyzną, co drugie słowo krzyczą kraj/ i punkt od ósmej wam haftują puste oczy rudą krwią” są tutaj na porządku dziennym. Przesiąknięte gniewem i zgorzknieniem, a jednocześnie ułożone w regularne metrum, budzą emocje. Szczególnie, że tego rodzaju satyry przywodzące na myśl legendarne już zawołanie Juliana Tuwima „Całujcie mnie wszyscy w dupę”, należą we współczesnej poezji polskiej do rzadkości. Nie ukrywam, że mi ich brakuje, czasem nawet bardzo.

Fragmenty jak powyższy stanowią jednak wyłącznie tło dla, moim zdaniem najlepszych, utworów przepełnionych goryczą i żalem, gdzie wściekłość ustępuje miejsca refleksji, wrzask – mowie. To w wierszach takich jak Popioły i znaki, Wahadło i znaki, Matryca i bękart czy Na śmierć Michała Fostowicza, znalazłem frazy, które oddziałały na mnie najmocniej. Były poważniejsze, więcej ważyły. Mniej w nich było dosłowności, mniej igrania ze słowem. Zamiast tego dominowało niedopowiedzenie i pewna nostalgia. Te teksty już nie przypominały rzucania „piaskiem między oczy” albo „turnieju chłopców na słonecznej plaży”, do których przywoływał swój młodzieńczy bunt w ważnym wierszu Do S Stanisław Grochowiak. Tak jakby w Pod światło kontestacja dojrzała, ta kołująca lotem doświadczonych orłów, ścierała się ze swoją młodszą siostrą, która jednak nie zamierza składać broni – odgryza się, szczeka, warczy. Mimo to, jej porażka wydaje się nieunikniona. I dobrze: czysty krzyk, napięte emocje, dosłowność robią wokół siebie dużo szumu i zamieszania, ale nie są w stanie na dłuższą metę nic zmienić. Co innego wymierzone, przemyślane ataki, punktujące nie tyle teraźniejszość, co rzeczywistość. To one stanowią o sile literatury, to one oddziałują naprawdę(…)\”

Cała recenzja Pawła Bernackiego, a także wiele, wiele więcej w najnowszym numerze KONTRASTU!

 

Kiedy słowa były nieme

\"\",,Jeśli chcesz być aktorką, musisz mieć coś, czego nie mają inne”, mówi Valentino, główny bohater filmu ,,Artysta”. Jego wypowiedź mogłyby być dewizą samego reżysera – jeśli chcesz zaistnieć stwórz film, który będzie się wyróżniać, opowiedz historię, która wbrew współczesnym trendom, przywróci widzom wiarę w dawno utraconą niewinność.

Nie będę ukrywał: do ,,Artysty” Michaela Hazanavicusa podszedłem sceptycznie, nie bardzo wiedząc skąd aż dziesięć nominacji do Oskara dla filmu, który przecież jest niemy. Czyżby akademia dała zwieść się nostalgii za dawnymi czasami heroin takich jak Greta Garbo czy Pola Negri, kiedy to wyprawa do kina stanowiła wydarzenie, a widzowie przeżywali każdą projekcje na równi z ich własnym życiem? Robienie dziś filmów niemych na zdrowy rozum mija się przecież z celem – ten etap mamy za sobą, tak jak lata świetności taśmy celuloidowej i czarno-białych filmów. Może więc zamiast patrzeć wstecz, należy spojrzeć ku przyszłości na technologię 3D i na projekty kina interaktywnego realizowane chociażby przez Petera Greenwaya? Nie sadźmy jednak zbyt pośpiesznie.

Film Michaela Hazanaviciusa dziwnym zrządzeniem losu wchodzi na ekrany właśnie w czasach, kiedy kino przechodzi kolejny szereg wzbudzających kontrowersje rewolucji. Po raz kolejny słyszy się głosy wieszczące koniec X muzy, uznające, że prawdziwe kino już się skończyło. Dawny łańcuch skarg na infantylizację ruchomych obrazków powraca od lat niczym kolejna obietnica końca świata. Kinu prorokowano zmierzch po fiasku radykalnych idei montażowych Sergieja Eisensteina. Filmowa sztuka miała też umrzeć wraz z wynalezieniem koloru, zaś jej pierwszym, z licznych jak się okazało, gwoździ do wciąż otwartej trumny, miało być wynalezienie udźwiękowienia. To właśnie ten historyczny moment zajmuje reżysera ,,Artysty”.

Bohaterem filmu jest wielki aktor i amant George Valentino, którego popularność kończy się wraz z pojawieniem się dźwięku w filmach. Valentino, obdarzony na nieszczęście słabą dykcją, szybko osuwa się w cień wschodzącej gwiazdy kina, Peppy Miller, której sam niegdyś pomógł wybić się na początku jej kariery. Peppy wdzięczna za dawne rady, skrycie podkochując się w Valentino, próbuje pomóc mu wybrnąć z kryzysu.

\"\"

Hazanaviciusowi, który przedtem mógł być znany szerzej jedynie we Francji z parodii filmów o przygodach agenta 007, udała się nie lada sztuka. Za pomocą prostych środków i oszczędnego montażu stworzył perfekcyjnie dopracowany film na długo zapadający w pamięć. Tego typu obraz mógłby powstać za złotych lat cenzury obyczajowej Haysa. Mimo braku pikanterii i słów film nie nudzi, a widz autentycznie przejmuje się losami bohaterów. Duża w tym zasługa dobrego montażu, który choć stylizowany na ten z lat 30, nie ucieka od zabaw z głębią ostrości i kunsztownych jazd kamery. Na uwagę zasługuje sekwencja udźwiękowionego koszmaru Valentino, który w mistrzowski sposób obrazuje obawy bohatera o własną karierę.

Wielkie owacje należą się aktorom. Jean Durajdin potrafił bez słów odmalować przekonywujący portret Valenitno, przedstawić go jako człowieka skończonego, ale wciąż pławiącego się w dumie. Jeanowi dorównuje Bérénice Bejo grająca Peppy Miller. Wspólne sceny duetu aż buzują od uczuć przekazywanych widzowi wyłącznie za pomocą mimiki, gestów i kilku plansz z dialogami. Nastrój filmu podbudowuje muzyka Ludovica Bource. Kontrowersje budzi jednak wykorzystanie w ścieżce dźwiękowej kompozycji znanej z ,,Vertigo” Alfreda Hitchcocka. Czy naprawdę pomiędzy autorskimi kawałkami tanecznego jazzu należało umieszczać tak znany motyw filmowy? Pomijając niefortunną wpadkę, wyobrażam sobie, że w latach 20 podobne kawałki można było usłyszeć na żywo w niejednym kino na terenie Stanów.

Po obejrzeniu ,,Artysty” głęboko wierzę, że nieme kino nie wyświetliło jeszcze wcale ostatniego słowa.

Nabieram ochoty na więcej podobnych filmów. Może coś z klasyki: ,,Faust’ Murnaua, lub ,,Gabinet Doktora Caligari” Wienego? Jeszcze nie zdecydowałem, ale wiem, że film Hazanaviciusa uczulił mnie na zew kina, na który do tej pory pozostawałem niemy.

Szymon Stoczek


Wielki Szu albo To my Polacy!

Wielki Szu albo To my Polacy!
W Casino Royal uwielbiam fragment, gdy grany przez Daniela Craiga Bond rozgrywa partię pokera z Le Chiffrem. Idzie oczywiście o grube miliony, pot leje się po skroniach, wargi są zaciśnięte, przeciwnicy mierzą się wzrokiem, podbijają stawki, często uciekają się do nieczystych zagrań… I tutaj właśnie (tak, tak już na wstępie) dochodzimy do sedna. Wszystkie faule dotyczą spraw poza pokerowych. Presja na przeciwniku, nawet podtruwanie, to chwyty bez niekoniecznie uczicwe, ale sama gra jest absolutnie czysta. Nikt nie kantuje w kartach. Poker jest męską, uczciwą rozgrywką, czymś na wzór pojedynków na dzikim zachodzie – nawet największe szuje trzymają się zasad.
Coś, co jest eleganckie za oceanem, bynajmniej nie musi być takim nad Wisłą. Spójrzmy na Wielkiego Szu – najlepszy i zarazem najsłynniejszy polski film o pokerze.  Tutaj istotą kart jest oszukiwanie. Nikt nawet nie myśli o tym, żeby ciągnąć kolejne figury, liczyć, zdać się na los – ważny jest kant: znaczone talie, podmienianie kart, odwracanie uwagi przeciwnika… Wszystkie chwyty dozwolone. Ten kto zna ich więcej, wygrywa. Co jednak najciekawsze każdy o tym wie i każdy się na to godzi. Zaczynając grę w pokera, zaczyna się bezczelną i bezlitosną grę w kanty, w której przegrany zostaje puszczony z torbami, bo w Wielkim Szu, niczym produkcjach amerykańskich, gra się o wielkie pieniądze.
Rodzi się tutaj pytanie czy skoro wszyscy wiedzą, na czym polega poker w polskim wydaniu to czy możemy mówić jeszcze o oszustwach? Każdy kantuje, każda gra nosi znamiona szulerstwa i każdy gracz się na to godzi – gdzie tu złamanie reguł? Otóż nigdzie. Poker w polskim wydaniu, w wydaniu Wielkiego Szu, ma prostu inne zasady – karty są tylko przykrywką, pretekstem do bezczelnej gry w oszukiwanie rywali, które wychodzi daleko poza stół. Co przecież złego w przyłożeniu przeciwnikowi brzytwy do gardła po przegranej grze albo podmienieniu pieniędzy na strzępki gazet? W końcu chodzi o to, żeby mieć haka.
Na tym się jednak nie kończy. Dla bohaterów Wielkiego Szu poker to całe życie, a co z tym idzie – całe życie to po prostu kant. Chodzi o to, żeby mieć haka na każdego w każdej sytuacji. Ten kto wchodzi w świat graczy, równocześnie wkracza do krainy iluzji, gdzie inni ludzie jawią się, jako potencjalni wrogowie, którzy przecież też mają swoje haki. Kolejne gry – nieistotne zwycięstwa czy porażki – tylko pogłębiają ten stan, tworzą kolejne zależności, zmuszają do dalszego kombinowania, wyszukiwania haków. I tak w kółko.
Dlaczego tyle o tym piszę? Bo w moim odczuciu Wielki Szu to doskonałe zobrazowanie polskiej mentalności, która zakłada, że bez haka, znajomości, wtyków nic się nie da załatwić, a już na pewno nic ważnego.  Amerykanie mają swoje piękne sny, jak Rocky, pokazujące, że uczciwymi sposobami i ciężką pracą można dojść do czegoś wielkiego, że nawet siadając do pokera mamy szanse na miliony bez oszustw. Nas historia nauczyła, że bez kantu ani rusz – nie tylko przy kartach –  w życiu. Nie da się przecież ukryć, że sztuka jest odbiciem rzeczywistości, z jakiej wyrosła. Czasem widać to nader wyraźnie. Wystarczy się skupić. A może i sztuka to kant?

Paweł Bernacki

Polska komedia to już nie hańba

\"\"Regularne wyjścia do kina na „kolejną polską komedię” to już – mogłoby się wydawać – czysty patriotyzm. Wiesz, że nie będzie dobre, ale i tak pójdziesz. Tak było w moim przypadku. Wybrałam się do kina na Listy do M. z nadzieją, że ujrzę coś świeżego i jednoczesnym przekonaniem, że nadzieja jest matką głupich.
Listy do M. to komedia romantyczna w reżyserii Mitja Okorni. Twórca sam o sobie mówi, że był skejtem, ale gdzieś po drodze okazało się, że lepiej wychodzi mu operowanie kamerą niż deskorolką. Cechą charakterystyczną jego filmów jest naszpikowanie dialogami – nie ma w nich milczenia, jest dynamika i słowa, słowa, słowa. Odkrywamy to także w Listach do M., gdzie temat główny rozmów jest uniwersalny i zawsze dobrze się sprzedaje:  miłość.
Okazało się, że film oprócz gęstej medialnej promocji zawiera również świąteczną magię. Opowiada historię pięciu kobiet i pięciu mężczyzn, o ich uczuciach i cudach, które mogą wydarzyć się tylko w wigilię. To Opowieść wigilijna nowego wieku. Tabuny Mikołajów, pań Śnieżynek, wystrojone galerie handlowe i masa cudów. W tym wszystkim Karolak: człowiek-komedia, Stuhr: bajeczny głos na antenie radiowej i dzieci, które bezapelacyjnie złamią serce każdego widza.
Obsada komedii jest typowo polska, ta sama co w większości najnowszych produkcji. Doris (Roma Gąsiorowska) jest samotną 30-latką, sfrustrowaną świątecznym zamieszaniem, Mikołaj (Maciej Stuhr) to prezenter radiowy, a jednocześnie samotny ojciec, któremu w Wigilię wypadła nocna zmiana na antenie, natomiast Wladiego (Pawła Małaszyńskiego) poznajemy jako szefa dobrze prosperującej firmy, a jednocześnie osobę skrywającą przed światem bardzo osobistą tajemnicę. Tomasz Karolak niezmiennie od wielu produkcji wciela się w postać, która ma niezaprzeczalne problemy z określeniem tego, na jakiej wysokości leży mózg, co udowadnia wraz ze swoim bohaterem o imieniu Mlechior, z kolei Szczepan i Karina (Piotr Adamczyk i Agnieszka Dygant) to wieloletnie małżeństwo, które wyraźnie zatraciło się w intrygach, braku zaangażowania i kłamstwach.
Chwilę później poznajemy jeszcze jedną parę: Małgorzatę i (Agnieszka Wagner) i Wojciecha (Wojciech Malajkat) – małżeństwo idealne do tego stopnia, że brakuje im jakiejkolwiek spontaniczności, ich życie jest zimne i nudne. Małgorzata przypomina trochę lansowany dziś model kobiety oparty na sukcesie zawodowym i autorytarnej władzy w związku.
Lodowatą atmosferę ogrzewają swoją niewinnością i wiarą: Tosia (Julia Wróblewska) i Kacper (Adam Tyniec). Ich wątki są niezwykle smutne, ponieważ Tosia jest wychowanką domu dziecka i tęskni za miłością, natomiast Kacper jest zdany tylko na siebie, nie zna rodzinnego ciepła, a dni spędza na ulicy. Dziecięca postać, która ma w sobie wiele humoru i bystrości, to Kostek (Jakub Jankiewicz). Cała trójka oddaje to, czego nie jest w stanie zagrać najlepszy dorosły aktor: delikatność i ufność.

Listy do M. to kolejny film, którego akcja jest łatwa do przewidzenia, a fabuła w pewnym momencie staje się banałem. Jednak z drugiej strony nie pozostawia tego niesmaku,  właściwego polskim produkcjom. Seans wzbudził we mnie niezwykłą chęć przesunięcia terminu świąt na „już”! To zdarza się już naprawdę rzadko, szczególnie w naszym polskim „byle szybciej, taniej i po amerykańsku”. Trochę jak  espresso z bitą śmietaną – na co dzień nikt nie pija takiej kompozycji, mimo, że smakuje lepiej niż sama gorzka mała czarna.
Polecam Listy do M. na zimowy wieczór, samotną noc, randkę i nudne popołudnie. Przede wszystkim polecam na uśmiech, bo wychodząc z kina na mroźne powietrze, czułam, że mimo wszystko jest ciepło.

Beata Peda