Cierpliwość pielgrzyma. "Z piasku" Pii Partum

Wysnuć teatralną opowieść z poetyckiego języka zawiłej i w istocie nieteatralnej prozy. Zbudować dramaturgiczne napięcie w kameralnej przestrzeni, jednocześnie przedstawiając trudy tożsamościowej ścieżki bez efekciarskich i prowokacyjnych wstawek. Zamierzenie to ambitne i dla uważnych teatromanów co najmniej intrygujące. Z wrażliwością i estetycznym wyczuciem zostało ono zrealizowane we Wrocławskim Teatrze Lalek w spektaklu Z piasku, wyreżyserowanym przez Pię Partum.

Czytaj dalej

Ludzko-zwierzęcy dialog na deskach Wrocławskiego Teatru Współczesnego

My mamy światopogląd, a zwierzęta światoczucie…”. Adaptacji książki Olgi Tokarczuk Prowadź swój pług przez kości umarłych podjęła się reżyserka Agnieszka Olsten, próbując w ten sposób odnaleźć należne czworonożnym przyjaciołom człowieka, miejsce w społeczeństwie.

Czytaj dalej

Nowy spektakl Teatru Na Wagę

Kolejna po „Reach out and touch faith” premiera Teatru Na Wagę. Tym razem
twórcy zapraszają na spektakl „Śmierć starcom!”. Reżyser, Jakub Skrzywanek, zainspirowany wydarzeniami z lipca 2012 roku, kiedy to Mario Monti, premier Włoch, stwierdził, że współczesne pokolenie 20-30 latków to pokolenie stracone. Jakiekolwiek przesłanie nadziei, o poprawę warunków życia, będzie można kierować do młodych ludzi dopiero za kilka lat.


Jakub Skrzywanek w swojej kolejnej sztuce stara się scharakteryzować młodych Polaków, często nazywanych pokoleniem Facebooka, czy internetu. Zastanawia się jak radzi sobie, pierwsze wychowane w całkowicie demokratycznym ustroju, pokolenie, o którego losie decyduje obecnie władza wyłoniona w ramach transformacji z 89r. Czy jest to generacja rzeczywiście stracona? Jeśli nie, to dlaczego tak łatwo daje się w ten sposób określać.


Śmierć Starcom!

Tekst i reżyseria – Jakub Skrzywanek

Ruch sceniczny – Natalia Gabrielczyk
Scenografia – Karolina Cykowska
Wideo – Aleksandra Popińska

Obsada – Marta Achtelik, Katarzyna Pergoł, Martyna Witowska, Mariusz Bąkowski, Jan Michna, Jakub Węgrzyn
Akustyka i oświetlenie – Maciej Kupczak, Jakub Tarka
Konsultacje – Sara Siomkajło, Zuzanna Lisowska

Data:

Prapremiera: 21.02 – godzina 20:00 Premiera: 22.02 – godzina 19:00 Kolejne spektakle: 28.02 ( godzina 20:00), 01.03 (godzina 19:00)
Bilety i rezerwacje:
Cena: 8zł U, 10zł N, rezerwacja blietów: rezerwacja.teatrnawage@gmail.com

Bilety do nabycia:
Wrocławski Klub ANIMA ul. Pilczycka 47

Scena:
Wrocławski Klub Anima
ul. Pilczycka 47

Dojazd:
Tramwaje 31Plus i 32 Plus
Przystanek: Pilczycka (Anima)

ONIRYCZNE MARZENIE NA DESKACH WROCŁAWSKIEGOTEATRU WSPÓŁCZESNEGO

Czy należy walczyć z marzeniami sennymi? Co czuje człowiek wtłoczony w odmienną rzeczywistość, z którą styka się po raz pierwszy? Co jest prawdą, a co fałszem? Na te pytania próbuje odpowiedzieć reżyser Lech Raczak w swoim najnowszym spektaklu Życie jest snem według Pedra Calderona de la Barci.

Czytaj dalej

Courtney Femme – Fatale Love

Na Świebodzkim będzie głośno. A to za sprawą duetu Strzępka - Demirski i ich najnowszego spektakluCourtney Love, w którym podejmują próbę odpowiedzi na pytania o istotę życia, przemijaniai spektakularnego sukcesu zespołu Nirvana.

Czytaj dalej

Rosyjski Sherlock Holmes po raz pierwszy we Wrocławiu

Już dzisiaj zapraszamy do wrocławskiej księgarnio-kawiarni kryminalnej Speakeasy (Rynek 8 ) na premierę niezwykłego rosyjskiego kryminału retro pt. „W otchłani Imatry”. Jest to pierwsza część przygód detektywa Metodego Kobyłkina, autorstwa rosyjskiego pisarza – Aleksandra Ławrowa, który tworzył swoje historie ponad sto lat temu, mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Arthur Conan Doyle wymyślił Sherlocka Holmesa.

Czytaj dalej

Wszyscy jesteśmy Frankensteinami

23 listopada miała miejsce premiera najnowszego spektaklu teatru muzycznego Capitol pod tytułem Frankenstein w reżyserii Wojciecha Kościelniaka. Jego twórca opowiedział nam o tym, dlaczego ważniejsze od samych zjawisk są ich przyczyny i o tym, że gwiazdy są znacznie bliżej, niż nam się wydaje.

Jakub Kasperkiewicz: Lubi się Pan bać?
Wojciech Kościelniak: Nie, raczej nie mam czegoś takiego, że lubię się bać. W moim spektaklu strach – który nam towarzyszy, czy tego chcemy czy też nie – jest wykorzystany raczej jako nośnik jakiejś historii. Nie, niespecjalnie lubię się bać… wolę spokój. (śmiech)
J.K.: Pytam, bo jest wiele osób, które w pewien sposób fetyszyzują to uczucie i polują na przykład na filmy, które by je w nich wzbudziły. Jednak produkcje o Frankensteinie, zwłaszcza wcześniejsze, bazują na czymś bardziej wysublimowanym, atmosferycznym, niż ten toporny rodzaj strachu, jaki spotyka się w dużych ilościach dzisiaj.
W.K.: Ten „strach” odczuwany z bezpieczeństwa fotela podczas oglądania filmu to tak naprawdę żaden strach. Ja oczywiście rozumiem, o co chodzi – to są pewne napięcia, które się czuje, pewne sposoby manipulowania odbiorcą przez reżysera. My pewnie też próbujemy się w to zabawić w spektaklu, ale raczej umiarkowanie. Natomiast oczywiste jest, że te hollywoodzkie filmy o Frankensteinie sprzed wojny, tylko częściowo bazujące na niemieckim ekspresjonizmie, z dzisiejszego punktu widzenia nas nie straszą. Dla mnie zdecydowanie ciekawsza w tym jest zabawa w strach. Temat, który jest tam podany, który wtedy próbowano mniej lub bardziej serio rozpatrywać – Prometeusza, człowieka, który mierzy się z własną chciwością i pychą – umieszczony jest w sztucznej konwencji. Wierzę w to, że takie właśnie sztuczne formuły, jak na przykład operetka, film grozy czy czysty kryminał, z jednej strony brną w naiwność, ale z drugiej tworzą czysty świat, tak idealny i nieprawdziwy, że aż stający się metaforą. W związku z tym stają się bardzo pojemne, jeśli chodzi o opowiadanie rzeczy niejednoznacznych.

\"\"
J.K.: W takim razie dlaczego postanowił Pan zmierzyć się akurat z Frankensteinem? Skąd ten pomysł? Wcześniej wziął Pan na warsztat Dostojewskiego.
W.K.: Dostojewski to oczywiście zupełnie inny ciężar literatury. Uważam, że o rzeczach istotnych można opowiadać zarówno za pomocą tekstów bardzo ważnych, które się nie starzeją, takich jak „Idiota”, ale można też to robić przy pomocy kłamstwa. Tak robił na przykład Fellini. Opowiadał rzeczy pozornie banalne, śmieszne, dziwaczne, ale wyzierała z tego prawda. Nasz Frankenstein w zamierzeniu – i mam nadzieję, że przynajmniej w jakiejś części nam się to udało – jest spektaklem o chciwości, o tym motorze naszej współczesnej egzystencji. Z jednej strony chodzi o błogosławieństwo ludzkości, polegające na tym, że ciągle pragniemy, mamy marzenia, chcemy wykroczyć poza horyzont, a z drugiej – kiedy nam się to już zaczyna udawać, nie potrafimy się zatrzymać i idziemy zdecydowanie za daleko. Wydaje mi się, że znalezienie właściwiej równowagi, wytyczenie granicy pomiędzy marzeniem a chciwością jest tematem tego spektaklu.
J.K.: Mówi Pan o marzeniach, a ja, oglądając spektakl, skupiłem się na węższym aspekcie, czyli nauce – jaki jest Pana stosunek do jej granic, zastosowań i tego, że te granice musimy tak często rewidować? Pomysł Frankensteina pochodzi z początku XIX wieku, a tak naprawdę z roku na rok staje się coraz bardziej aktualny.
W.K.: Nie ukrywam, że w tym spektaklu nauka jest w głównej mierze metaforą. To, czego Wiktor Frankenstein oczekuje od nauki, jest tym samym, czego zdolny architekt, planujący wykroczyć poza jakieś normy, oczekuje od projektu domu, który będzie wykonywał. To samo w wypadku malarza, który pragnie odmienić losy malarstwa, czy lekarza chcącego wykonać operację, której nikt jeszcze nigdy nie zrobił. Myślę, że każdy z nas w zawodzie który sobie wybrał, chce sięgnąć do gwiazd i to jest piękne. Tylko niestety czasem nie zauważamy, że te gwiazdy są dużo bliżej, niż nam się wydaje, a kiedy do nich zmierzamy, to idziemy po trupach. I często w wyniku tego powstaje potwór. Zamiast gwiazd na końcu jest jakaś otchłań, przepaść. To jest dla mnie dużo ważniejsze, niż jakaś prawdziwa wartość naukowa tego spektaklu, której, jak wiadomo, nie ma. Wszystkie nazwy, które tam padają, są wyłącznie zabawą skonstruowaną tak, żeby można było podążać za historią. Jednak rzeczywiście, jeżeli chodzi o temat nauki, dokąd ona prowadzi i może prowadzić, to tezy Frankensteina są nadal jak najbardziej aktualne. Z jednej strony może ona sprawić, że nasze życie będzie lżejsze, ciekawsze, wygodniejsze, natomiast przy okazji nie zawsze sobie radzimy z jej skutkami i wtedy powstają Frankensteiny. Nie chciałbym jednak demonizować tego tematu w spektaklu. Został on wcześniej już na tyle ciekawie opowiedziany w historii teatru czy filmu, że u nas został potraktowany dość pobieżnie. Jedynie zaznaczyliśmy ważkość tego tematu. Nie sądzę, żeby ktoś skupiony na tym elemencie mógł dużo wynieść z tego przedstawienia, bo nie było to naszą intencją.

\"\"
J.K.: Spektakl w dużej mierze ma charakter komediowy – publiczność na premierze śmiała się często i głośno. Nie bał się Pan, że te zabawne momenty, których było naprawdę wiele, mogły przyćmić te, w których chciał Pan powiedzieć coś na serio? Czy była taka chwila, w której czuł się Pan zawiedziony przez publiczność pod tym względem?
W.K.: Nie, absolutnie się nie zawiodłem. Ten spektakl jest świadomie zbudowany wielowarstwowo. Staramy się go stworzyć tak, żeby każdy widz otrzymał to, czego sam od niego oczekuje, ale również co sam od siebie da. Osoby, które umieją patrzeć wielowarstwowo odczytają pod komedią – i wiele osób tak to też odebrało – tę drugą warstwę. Natomiast jeśli ktoś chce po prostu zabawy komediowej, to też ją otrzyma. W żadnym wypadku się nie boję, że warstwa komediowa coś zagłuszy, bo wydaje mi się, że ten balans pomiędzy komedią a próbą powiedzenia serio pozwala nam uniknąć banału i stworzyć świat, który – przynajmniej dla mnie – jest najbardziej interesujący. Nie skręcający za bardzo ani w kierunku grozy, ani w kierunku komedii, ani za bardzo w kierunku sentymentalizmu, który też się przecież pojawia w tym spektaklu, ani w kierunku brutalności. Manewrując szybko tymi wartościami, można stworzyć coś będącego pomiędzy, co jest mniej nazywalne i przez to ciekawe.

Cały wywiad dostępny jest w najnowszym numerze \”Kontrastu\”.

Zdjęcia: Magda Oczadły

Figury namiętności

Co pozostaje po piątkowej premierze Teatru Polskiego, Blanche i Marie? Przede wszystkim – stan aksjologicznej niepewności. Spektakl zachwyca i smuci, porusza i irytuje, a, co najważniejsze, nie pozwala na zwięzłą i jednoznaczną ocenę. Myśli widza, raz wprawione w ruch, nie przestają krążyć wokół splotu wątków i wrażeń skumulowanych w ciągu prawie dwugodzinnego widowiska. Zbadajmy ów splot i kierunki, w które odsyła nasze rozwżania.

Debiutant Cezary Iber, odczytując powieść i dramat Pera Olova Enquista, inscenizuje grę namiętności toczącą się między czwórką bohaterów. Każdy z nich, niczym pionek na zwariowanej szachownicy, reprezentuje rozmaite, często ze sobą sprzeczne, racje. Postacie kobiet – Blanche, słynnej pacjentki doktora Charcota i Marii Curie-Skłodowskiej – to, z jednej strony, figury oskarżające patriarchalny porządek i właściwie mu uprzedmiotowienie żeńskiego ciała, a z drugiej, mówiąc językiem badacza histerii, tajemnicze lądy domagające się zbadania. Charcot z kolei waha się między groteskowym scjentyzmem a niemal ludową fascynacją tym, co irracjonalne. Być może najbliższy jest nam Freud – nowoczesny naukowiec, dzięki bolesnej wiedzy, przeczuwający (bo chyba, mimo wszystko, nie w pełni uświadamiający sobie) własne słabości.

Ów chaos tematów na płaszczyźnie tekstu dramatycznego nie przedstawia się, niestety, zbyt przekonująco. Statyczne monologi postaci tłumią siłę płynącą z materii zagadnienia. Na szczęście reżyser zrekompensował ten brak doskonałym wykorzystaniem innych środków artystycznych: motywy muzyczne (wprawdzie nieco sentymentalne), sekwencje taneczne, sceniczne aranżacje (postumenty tworzące przestrzeń akcji, żywa gra aktorów (znakomita rola Marty Zięby) składają się na spójną, proporcjonalnie zbudowaną całość.

Estetyczne wzruszenie to bowiem największa wartość spektaklu. Skoro ma przemawiać artyzm, to należy przytłumić ideologiczne roszczenia. Tak uczynił reżyser, który, sugerując moralną ocenę ukazanych zjawisk, oszczędził widzom dosłownego wykładu. I może to właśnie niepokoi, a czasem, subiektywnie i feministycznie, irytuje? Ale czyż, mówiąc patetycznie, sztuka nie powinna poruszać się właśnie drogą niepewności i lęku? Oto aksjologiczna niepewność zrodzona przez teatr i – zapewne – ryzyko, godne podjęcia.

Katarzyna Lisowska