Energia wrocławskiej muzyki

2 marca Klub Muzyczny Madness zmieni się w arenę koncertową trzech dobrze zapowiadających się zespołów z Wrocławia. The Formacja, Lady Perfect i Naczynia Połączone zaprezentują swoją twórczość podczas koncertu, który ma przekazać jak największą ilość energii muzyków młodego pokolenia. Czytaj dalej

Jazz na Barce Tumskiej

W nowym roku rusza kolejna edycja Jazzowych Czwartków. Barkę Tumską znowu wypełnią inspirujące dźwięki tego niezwykłego gatunku muzycznego. Najbliższy koncert odbędzie się już 12 stycznia. Przed wrocławską publicznością zaprezentuje się po raz kolejny In Jazz Quartet.

Skład zespołu tworzą Bartosz Czarniecki (saksofon altowy), Małgorzata Mańkowska (fortepian), Michał Sarapata (bas) oraz Patryk Kaliński (perkusja). Grają razem od trzech lat. Wszyscy są studentami Instytutu Jazzu na PWSZ w Nysie. Ich instrumentarium, jak i repertuar nawiązuje do klasyki tego gatunku. Najbliższy koncert zespołu na Barce Tumskiej, będzie miał wyjątkowy charakter. Pojawią się kompozycje takich twórców jak Horace Silver, John Coltrane, Duke Ellington, Theolonius Monk czy Wayne Shorter, a także polskie kolędy w jazzowych aranżacjach. – Jest to nasz drugi koncert na wrocławskiej barce. Klimat tego miejsca i jego kameralny charakter buduje swobodną atmosferę zarówno dla nas jak i dla słuchaczy, których mamy nadzieję – będzie przybywać – mówi lider zespołu, Bartosz Czarniecki. – Jest nam szczególnie miło grać właśnie we Wrocławiu, ponieważ większość z nas  wcześniej się tu kształciła – dodaje B. Czarniecki. Scena Barki gościła już także takie grupy jak: Loop of Time, Kasia Pakowska Band, Tweenings, Agnieszka Hajduk Band.

\"\"

Wykonanych zostało wiele ponadczasowych utworów jazzowych, soulowych i bluesowych. Pomysł bezpłatnych koncertów, promujących utalentowane, lokalne grupy muzyczne spotkał się z dużym entuzjazmem ze strony wrocławskiej publiczności. – W tym sezonie czeka nas jeszcze wiele artystycznych wrażeń. Planujemy rozszerzyć formułę czwartkowych spotkań o nowe gatunki, jak folk, szanty czy piosenkę literacką – mówi Zbigniew Pasieka z Hotelu Tumskiego. – Tymczasem zapraszamy już 12 stycznia o godz. 19:00 na inaugurację muzycznego sezonu na Barce z In Jazz Quartet – dodaje Z. Pasieka. Kolejne jazzowe czwartki już 19 i 26 stycznia, wystąpią na nich kolejno Kasia Pakowska Band oraz Agnieszka Hajduk z zespołem.

Teatr na wodzie
Od Nowego Roku na scenę Barki wraca też „Nawiedzony Młyn”, spektakl Wrocławskiego Teatru Lalek. Zainspirowana lokalną legendą historia, rozgrywająca się w urokliwych okolicach Ostrowa z pewnością przyciągnie widzów w różnym wieku. W cenę biletu wliczony jest obiad przygotowany przez załogę szefa kuchni.

Na spektakl „Nawiedzony młyn” w reżyserii Józefa Frymeta zapraszamy 29 stycznia 2012 (niedziela) o godz. 18:30.
Więcej informacji: http://www.hotel-tumski.com.pl/hotel/32094.xml

Na koncert zespołu In Jazz Quartet zapraszamy 12 stycznia 2012 (czwartek) o godz.: 19:00 do Pubu Tawerna na Barce Tumskiej.

WSTĘP BEZPŁATNY.
Zespół wystąpi w składzie:
Bartosz Czarniecki – saksofon altowy
Małgorzata Mańkowska – fortepian
Michał Sarapata – gitara basowa
Patryk Kaliński – perkusja

Więcej informacji o koncercie:

http://www.hotel-tumski.com.pl/hotel/32681.xml

(mp)

Z teledyskiem w świat

Galeria

[slideshow] Wejście na rynek muzyczny w Polsce nie jest łatwe. Różne są drogi do sukcesu, często bardzo wyboiste, ale zawsze warto próbować. Tak jak próbuje wrocławski zespół The Formacja, który 26 listopada zaprezentował gościom EMPIK-u w C.H. Renoma swój teledysk … Czytaj dalej

Nadchodzi "Frankenstein"…!

Galeria

[slideshow] 15 listopada w Regionalnym Centrum Turystyki Biznesowej przy ulicy Wystawowej 1 odbyło się krótkie spotkanie dziennikarzy z personelem Teatru Muzycznego Capitol w związku nadchodzącą premierą musicalu „Frankenstein” Wojciecha Kościelniaka. Rzecznik prasowy Joanna Kiszkis oraz dyrektor Konrad Imiela po krótkim … Czytaj dalej

Klasycznie i kreatywnie, czyli Jazztopad 2011

Mamy za sobą udany weekend, który stał pod znakiem Jazztopadu 2011. W Filharmonii Wrocławskiej wystąpili wirtuozi z Fred Hersch Trio oraz genialny Bobo Stenson & John Falt.Dwa różne koncerty, które na długo zapamiętają sympatycy światowego jazzu.

(na zdj. Fred Hersch Trio wraz z Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii Wrocławskiej)

Pomysłem na drugi koncert z 8. wydania Jazztopadu był popis Freda Hersch’a, światowej sławy pianisty ze Stanów Zjednoczonych, który ma za sobą 20 wydanych płyt, oraz współpracę z najlepszymi jazzmanami na ziemi. Geniusz fortepianu zaprezentował recital solowy, następnie dał koncert z zespołem Fred Hersch Trio (John Hébert – kontrabas i Eric McPherson – perkusja) i z Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii Wrocławskiej (dyrygent – Sebastian Perłowski). Zaczęło się mocno sentymentalnie, główny bohater sobotniego wieczoru pozwolił pospacerować po własnym świecie muzyki. Wraz z dołączeniem do artysty kolegów z tria, rozpoczęła się dynamiczniejsza i bardziej klasyczna część koncertu. Niesamowitymi umiejętnościami popisywali się, na przemian, kontrabasista z perkusistą. Gwiazdy wieczoru znakomicie uzupełniały swoje podejście do formy, co sprawiało żywe reakcje wśród publiczności tegorocznego Jazztopadu. Usłyszeliśmy znakomite utwory czerpiące z amerykańskiej szkoły jazzu, trzech świetnych indywidualistów zademonstrowało prawdziwą sztukę. Po przerwie odbyło się wyjątkowe połączenie jazzu z klasyką, której reprezentantem byli muzycy z Orkiestry Symfonicznej- efekt był fenomenalny. Jak najbardziej zasłużone owacje na stojąco pożegnały premierowy koncert artystów zza oceanu.

c

sch_concert_fot_Joanna_Stoga-12\” src=\”http://kontrastwroclaw.files.wordpress.com/2011/11/fred_hersch_concert_fot_joanna_stoga-12.jpg\” alt=\”\” width=\”640\” height=\”426\” />

(na zdj. od lewej: Fred Hersch , John Hébert, Sebastian Perłowski i Eric McPherson)

W niedzielę, podczas trzeciego koncertu festiwalowego słuchaliśmy i oglądaliśmy duetu Bob Stenson & Jon Fält ze Szwecji. Bob Stenson, to kolejny wybitny pianista na festiwalu we Wrocławiu. Do jego największych sukcesów można zaliczyć nagrodę European Jazz Prize i współpracę z muzykami największego formatu jak np. Sonny Rollins, Stan Getz i Don Cherry. Jon Fält jest kreatywnym perkusistą i wyjątkowo barwną postacią na scenie, o czym świadczy jego oryginalne wykorzystanie perkusji, oraz wszelkich instrumentów dostępnych w trakcie koncertu. Ten duet fortepian-perkusja współpracuje od 8 lat i pokazuje zupełnie inne podejście do muzyki, więc czekał nas zupełnie inny koncert. Było bardzo ekspresyjnie i kreatywnie. Rzadko spotykany dialog między muzykami, sporo improwizacji, maniakalne wyszukiwanie najróżniejszych dźwięków poprzez zaskakujące wykorzystanie instrumentów przez Jona Fält’a dały wyjątkowy smak niedzielnemu koncertowi. Bezcenne było spojrzenie organizatorów festiwalu, podczas kolejnych pomysłów na zastosowanie instrumentów użyczonych przez Filharmonię Wrocławską. Awangardowy występ jak najbardziej przełożył się na jakość proponowanej muzyki. Co zyskało uznanie wśród publiczności i kolejny koncert Jazztopadu 2011 zakończył się owacją na stojąco.

Przed nami kolejne koncerty. Już w najbliższy weekend w sobotę: Warsztaty Mistrzowskie – Dave Liebman oraz w niedzielę występ Dave’a Liebmana i Richiego Beiracha.

Adam Kruzel

 fot. Joanna Stoga

(zdjęcia pochodzą ze strony: http://www.jazztopad.pl/concert-photos )

Więcej informacji na: http://www.jazztopad.pl/program/

Łabondzi śpiew

22 października po raz ostatni przed dłuższą przerwą ekipa Teatru Muzycznego Capitol (gościnnie na deskach Teatru Polskiego) wystawiła rewię sensacyjną Ścigając zło. „Polska w budowie” to nie pusty slogan. Scena przy Zapolskiej 3 idzie do remontu, a Capitol – co bez wątpienia zdążył zauważyć każdy, kto znalazł się przy skrzyżowaniu Świdnickiej z Piłsudskiego – został dosłownie zrównany z ziemią. Na szczęście to tylko stan tymczasowy, bowiem ma powrócić w lepszej formie niż kiedykolwiek. Oby nastąpiło to szybko. Naprawdę są w tym kraju ludzie, którzy przedkładają tańczenie i śpiewanie nad piłkę nożną!

Rząd 10, Miejsce 1

To ogromne faux pas z mojej strony, że dopiero po dziesięciu miesiącach od premiery zobaczyłem spektakl biorący na warsztat jeden z moich największych fetyszy – serię o Jamesie Bondzie. Takie są skutki kanapowego stylu uczestniczenia w kulturze. Znalazłem się o włos od niezobaczenia tej rewii – gdyby nie to, że trzy dni przed ostatnią okazją rozmawiałem z Piotrem Saulem, pewnie zgrzytałbym zębami dowiedziawszy się co opuściłem. Czas na mocno spóźnioną relację.

Dla bondowego geeka takiego jak ja samo usłyszenie tych kilkunastu piosenek na żywo to jakość sama w sobie, byłem więc dosyć podekscytowany przed rozpoczęciem spektaklu. Oczywiście hurtowo nawiedzały mnie oczekiwania i nadzieje. Zobaczyłem wcześniej fragmenty za sprawą filmików promocyjnych w Internecie, więc o sam początek się nie martwiłem – zaczęcie od głównego motywu skomponowanego przez Monty’ego Normana to tyleż świetny, co oczywisty wybór. Jak na fana serii jestem dosyć postępowy, czego najlepszym wyznacznikiem jest chyba to, że od razu zaakceptowałem Daniela Craiga jako członka rodziny. Muzycznie również nie jestem konserwą, więc z najwyższą aprobatą przyjąłem Piotra Saula grającego Bonda-robota, beatboksującego do nieśmiertelnej kompozycji Normana. Nawet dwa razy pojawił się rytm drum’n’bass’owy! Jeszcze kilka lat temu pewnie by mnie to oburzyło, ale na szczęście z takich rzeczy się wyrasta.

Następna w kolejności była piosenka From Russia With Love, czyli, póki co, chronologicznie. Strona internetowa Capitolu mówi, że powinien ją wykonywać Maciej Maciejewski, ale – słowo daję! – ja widziałem i słyszałem Konrada Imielę. I bardzo mi się podobało. Nie tylko jego interpretacja, ale również aranżacja – mroczniejsza niż w oryginale, momentami nawet post-rockowa. W tym momencie byłem już wzruszony, a zastępy mrówek wędrowały po moich plecach. Jednak już za chwilę moje doznania miały się dramatycznie zmienić.

Siła sentymentu

Odkryję karty. Moje ulubione piosenki to Goldfinger, Goldeneye i Another Way To Die. O ile drugiej i trzeciej, przez to że są względne nowe, nie otacza jeszcze żaden nimb kultu, to pierwszą owszem, przynajmniej w moim mniemaniu. Oczywiście nie zakazuję nikomu różnie jej interpretować, ale humorystyczne podejście do niej mnie zabolało. Niedługo potem przekonałem się, że w całym spektaklu jest znacznie więcej humoru niż się spodziewałem i w kilku momentach naprawdę mi to odpowiadało, ale akurat podczas Mister Goldfinger (polski tekst Rafała Dziwisza) wyszedł ze mnie sztywniak i tradycjonalista. Pełen dramatyzmu i napięcia głos Shirley Bassey (która ani myślała żartować) stworzył niesamowitą atmosferę tego utworu, której zabrakło w wykonaniu Elżbiety Kłosińskiej. Absolutnie nie czepiam się samej technicznej strony wykonawstwa. Widocznie musiał nadejść moment, w którym odezwie się moje wewnętrzne konklawe i to było właśnie wtedy.

Mina zrzedła mi jeszcze bardziej, kiedy na scenę wyszło dwóch hipisów-rockmanów i kazało publiczności klaskać. Ale gdy okazało się, że to zapowiedź piosenki Live And Let Die (Umrzeć im daj) i ma sens w obliczu tego, co dzieje się później na scenie, uspokoiłem tętno. Pewnie byłem jeszcze niestabilny po Mister Goldfinger. To był właśnie moment, w którym dotarło do mnie, że będzie dużo dowcipu. Lepiej późno niż wcale.

Trochę poważki, trochę szydery

Potem było już tylko dobrze lub bardzo dobrze, z wyjątkiem finału, podczas którego po raz kolejny zostałem zbity z tropu. Było dużo żartów, wyraźnego lub dyskretniejszego puszczania oka do widza. Najbardziej chyba podeszło mi pod tym względem wykonanie piosenki Duran Duran, bardzo fajnie zagranej i zaśpiewanej, parodiujące przy okazji image sceniczny zespołów z lat osiemdziesiątych. Można było w jej trakcie również zobaczyć imponujące akrobacje, spośród których moim faworytem jest chodzenie na rękach po klawiaturze syntezatora (oczywiście rekwizytu). You Only Live Twice (Żyć możesz nie raz) i Diamonds Are Forever wypadły świetnie – to niesamowite utwory z pięknymi melodiami, dające potencjał do stworzenia na potrzeby wykonania intrygującej postaci kobiecej, co obie wokalistki wykorzystały.

tol.pl/images/stories/przedstawienia/scigajac_zlo/Scigajac_zlo_221.jpg\” alt=\”\” width=\”400\” height=\”600\” />

Bardzo dobrze wypadły również piosenki z filmów z Brosnanem, za którymi nie przepadam, czyli Tomorrow Never Dies (Do jutra przy mnie trwaj) i The World Is Not Enough (Świat nie wystarczy nam). Zwłaszcza ta pierwsza zagubiła się gdzieś w otchłaniach mojej pamięci i cieszę się, że dzięki spektaklowi niejako odkryłem ją na nowo.

Moją ulubienicą pozostaje jednak Emose Uhunmwangho – na pewno w dużej mierze dlatego, że wykonywała dwie z trzech moich ulubionych piosenek. Ale zrobiła to wyśmienicie, zarówno jako – jak ją określił Konrad Imiela – szamanka w Goldeneye, jak i królowa brytyjska w Another Way To Die. Potężny głos i ciekawe interpretacje, jestem pod wrażeniem.

W Die Another Day wyczułem sporo ironii skierowanej w stronę samej piosenki, jak i Madonny. Chociaż może mi się wydaje? Generalnie mam mieszane uczucia względem tego utworu, nie wiem co o nim myśleć. Sam film, który właściwie był terapią szokową dla serii, po której zmartwychwstała, nie pomaga. Ostatecznie raczej wspieram przyjacielskie kuksańce wymierzane królowej popu przez ekipę Capitolu, która zaprezentowała karkołomny popis tańca synchronicznego.

Nie do końca przemówiła do mnie odważna wersja Man With The Golden Gun, w polskiej wersji zatytułowana Niepojęte zło. To chyba najdalej idąca zmiana aranżacji ze wszystkich, które pojawiły się w spektaklu, momentami przywołująca atmosferę rodem z horroru. Na pewno było to intrygujące i z biegiem czasu patrzę na to przychylniej, ale to chyba jednak dla mnie zbyt wiele (wewnętrzne bondowskie konklawe powraca).

Pies Królowej

Nie ma w tym spektaklu żadnej linearnej fabuły. Sam Bond jest postacią drugoplanową, robotem, maszyną do zabijania, która od czasu do czasu pojawia się na scenie, również w trakcie przerywników, w trakcie których demonstruje, jak działa nowy model 007. To wyraźne nawiązanie do nowych filmów z Danielem Craigiem, w których tajny agent sprawia wrażenie sprawniejszego, jest bardziej wiarygodny, ale i przez to bardziej szorstki i brutalny, stąd pewnie koncepcja jego radykalnego zmechanizowania. Mimo braku fabularnych łączników, rewia ma coś do przekazania oprócz samej tylko muzyki i tekstów piosenek. Najczęściej powracającym motywem są kobiety, a właściwie „dziewczyny Bonda” – zazwyczaj porzucone, zdradzone, wystraszone, a w skrajnych przypadkach martwe. To bardzo ważny wątek całej serii – niech świadczy o tym fakt, że słowo „seksista” poznałem oglądając o niej dokument. Ale to nie wszystko. Pojawiają się też mężczyźni zapatrzeni w telewizor, którzy prawdopodobnie obsesyjnie oglądają filmy o Bondzie, który uosabia wszystkie cechy, które oni, everymani, chcieliby posiadać. To rodzaj amatorskiej terapii wielu tysięcy facetów w różnym wieku na całym świecie. Sam ją stosuję, to taki trochę katharsis, chociaż muszę przyznać, że szczyt jej skuteczności przypadał u mnie na okres gimnazjum. Temat idolizowania postaci agenta JKM poruszono wprost w polskiej wersji Thunderball, czyli Z nieba grom. Mariusz Ostrowski ciekawie zaprezentował, jak może skończyć się bezkrytyczne i pozbawione umiaru podążanie za jakimś wzorcem.

I wreszcie, prawie na samym końcu, pojawia się motyw królowej (ukłony w stronę Emose Uhunmwangho po raz drugi), a właściwie ślepego jej posłuszeństwa. Kiedy Bond jest robotem, można to przedstawić w dobitny, bardzo obrazowy sposób. Piotr Saul w piosence Another Way To Die dosłownie odgrywał rolę psa, który jest na każde zawołanie jego pani. Pod koniec utworu potulnie kładzie głowę na jej kolanach, co byłoby świetnym, mocnym zakończeniem całego spektaklu.

Jednak finał stanowi wykonanie You Know My Name (Nie błagaj mnie o nic), w którym pojawia się… Janosik. Zbójca krytykuje mechanicznego Bonda za to, że jest całkowicie oderwany od rzeczywistości przez swoje życie w wyższych sferach i przypomina mu, że życie to nie film. Ale na tym się nie kończy. Po kilku tyradach w tym stylu Janosik zbliża się do naszego bohatera i… wali go z bańki (sic!), a następnie zadaje cios ciupagą, aż iskry lecą i pokonany robot żałośnie wyczołguje się ze sceny. Wygląda na to, że zbójca zajmuje jego miejsce przy boku królowej. Nie przemówiła do mnie ta scena. Właściwie mnie zniesmaczyła. Wszystko było tak fajnie! A tu nagle – Bond przegrał! Takich rzeczy się nie robi fanom, którzy chcą go oglądać triumfującego. Może w ciągu ostatnich kilku lat obrywa trochę więcej po twarzy, ale nikt nie powoduje, że musi zejść ze sceny upokorzony i przegrany. Przez Janosika! Może znowu wyszedł ze mnie sztywniak, może czegoś nie zrozumiałem, ale nawet mimo moich lewicowych poglądów (wyższe sfery, biedni, bogaci) ledwo zdzierżyłem taki obrót spraw. Nie wpłynęło to oczywiście znacząco na mój odbiór całego spektaklu, który oceniam pozytywnie, ale… dlaczego?

Jakub Kasperkiewicz

 fot. Łukasz Gawroński / Teatr Muzyczny Capitol

Smyczkowe tańce

Wiolonczela, harfa i tańce – te akcenty, za sprawą Wrocławskiej Orkiestry Kameralnej Leopoldinum, dominowały w niedzielę w filharmonii. Dominowały? To złe określenie. Było raczej lekko, marzycielsko i subtelnie, a przynajmniej w ten (laicki) sposób może podsumować ów wieczór niżej podpisana.

Koncert rozpoczęło „Pięć tańców greckich” Nikosa Skalkottasa, które znakomicie ożywiły (i obudziły) słuchaczy, przytłoczonych jesienną sennością. Później, za sprawą harfy (C. Debussy, Dances sacrée et profane Debussy’ ego) i wiolonczeli (IV Koncert wiolonczelowy C-dur G.477 Luigiego Boccheriniego) zapanował iście baśniowy nastrój. Po przerwie publiczność, za sprawą Piotra Czajkowskiego, przeniosła się na wytworny bal (Andante cantabile na wiolonczelę i smyczki), by potem wysłuchać skocznych tańców niemieckich (V Taniec niemiecki C-dur Dgo Schuberta) i transylwańskich (Quattro Danze Transilvane Sándora Verresa).

Nad całością czuwał i całość prowadził dyrygent Ernst Kovacic. Orkiestrze towarzyszyli Marcin Misiak (wiolonczela) i Krzysztof Waloszczyk (harfa).

Oczywiście, lepiej słuchać niż pisać lub opowiadać. Dodam tylko, że melomanów, przynajmniej niedzielnych, jest wielu, więc, jeśli kupuje się wejściówkę, warto przyjść do filharmonii nieco wcześniej, by zająć wygodne miejsce na schodach. A potem – rozkoszować się tą, która, mówiąc banalnie i nigdy dostatecznie nobilitująco, łagodzi obyczaje.

Katarzyna Lisowska

Drogi Bracie! Droga Siostro!

\"\"

Jeżeli nie płynie w tobie słowiańska krew, słoń nadepnął ci na ucho, kończyny nie reagują w żaden sposób na dźwięki, a miłości do punka nie wyssałeś z mlekiem matki – R.U.T.A. to nie jest zespół dla ciebie.

Ale – jeżeli w sporze Janosika z margrabią, czy w sporze Pana, Wójta i Plebana oponujesz za uciśnionymi chłopami, a folklor XVI-wiecznej Polski jest bliski twemu sercu – R.U.T.A. to zdecydowanie zespół dla Ciebie.

Ruch Utopii, Transcendencji i Anarchii lub Rewolucyjna Unia Terrorystyczno-Artystowska to projekt powstały z inicjatywy muzyka-założyciela Kapeli ze Wsi Warszawa - Maćka Szajkowskiego, który wystąpił 20 października we wrocławskim klubie muzycznym Łykend w ramach Ethno Jazz Festivalu.

Muzyka R.U.T.y to folklorystyczna perełka okraszona dobrym, rodem z lat 80. punkiem. Niemała to zasługa wokalistów: Pawła ‘Gumy’ Gumola z zespołu Moskwa i Roberta ‘Robala’ Matera z nieśmiertelnego Dezertera. Na płycie Gore! – pieśni buntu i niedoli XVI-XX gościnnie usłyszymy znanego szerszej publiczności Spiętego, czyli Huberta Dobaczewskiego z formacji Lao Che. Piosenki R.U.T.y są ciekawe i chwytliwe nie tylko pod względem czysto muzyczno-technicznym, z akompaniamentem instrumentów z epoki, takich jak magicznie brzmiące sazy, tradycyjne bębny, ale również historyczno-filologicznym. Usłyszymy gwarowe przyśpiewki, ale też kontrowersyjne teksty przeciwko klasie panów oraz Kościołowi. Każdy, kto choć trochę ma oleju w głowie, wie, że takie przesłanie należy odbierać z lekkim przymrużeniem oka, czego nie wiedzieli politycy z pewnej partii,występując przeciwko koncetowi R.U.T.y w Płocku.

\"\"

Twórczość zespołu ma niewiele wspólnego ze współczesną polityką. Koncert, który dali w Łykendzie był prawdziwą, w pewien sposób organiczną eksplozją etnicznych dźwięków zmuszającą nawet największego ponuraka do przytupywania nóżką. Przy takich utworach, jak Związali mnie w powróz, Nie boję się pana, czy Gore! publiczność nie miała wyjścia – kompletnie zaczarowana dawała się ponieść muzyce i żywo reagowała na tekst. Niesamowitym głosem z prawdziwą słowiańską nutą zachwyciła publiczność gościnnie występująca Apostazja Nahajkowiczówna Niakrasava z Białorusi. Dosyć krótkie utwory nie były absolutnie żadną wadą, wręcz przeciwnie. Słuchacz, któremu dawkuje się fuzjęróżnorodnych energetycznych dźwięków, z żywo zmieniającym się tempem, może rozkoszować się muzyką, a nie męczyć się przy ponad 5-minutowym hardcorze.

Plujesz na feudalizm? Występujesz przeciwko niesprawiedliwości społecznej? A może chcesz po prostu posłuchać dobrego folku? R.U.T.A. to zespół dla ciebie!


Karolina Żurowska

fot. Bartek Babicz