Debiuty 2012

25 maja we Wrocławiu ruszy XI Ogólnopolski Przegląd Młodych Wokalistów „Debiuty 2012”. Impreza potrwa trzy dni i zakończy się koncertem galowym, który poprowadzi Zbigniew Zamachowski.

Czytaj dalej

Tramwaj z Metrem bez Urzędu Pracy – Felieton Marcina Pluskoty

Ostatnio zauważyłem nową i zarazem ciekawą zależność. To nie jest tylko tak, że czerwone światło drogowe powstrzymuje nas przed przejściem w jednym tylko miejscu. Ono ogranicza i organizuje nasze możliwości przechodzenia przez ulicę w wielu miejscach. Przykład: korzystając ze świateł na ulicy Krupniczej na wysokości ulicy Włodkowica i kierując się wzdłuż powstającego Narodowego Forum Muzyki i hotelu Monopol, a następnie skręcając w prawo w Świdnicką, nigdy nie trafimy od razu na zielone światło przy Podwalu. Nie jest możliwa taka synchronizacja, trzeba czekać.

Kiedy wielokrotnie pokonujemy jakąś drogę, to po jakimś czasie prawie jej nie widzimy i ciekawą nas tylko takie dziwne szczególiki, np. moim bazowym przystankiem, z którego zwykle rozpoczynam swoją podróż po Wrocławiu, są Krzyki. Odjeżdżają stamtąd m.in. niebieskie Skody – tramwaje. Moim ulubionym miejscem w tym tramwaju jest tylna kanapa – kiedy Skoda skręca, to wygina się pod kątem 90 stopni i najlepiej ogląda mi się to z tej tylnej kanapy. Mam właściwie tylko jedną taką okazję na trasie Krzyki – Opera, właśnie na ostatnim skręcie w prawo przed Operą. Na szczęście w drodze powrotnej jest więcej takich okazji, kiedy 7 albo 6 skręca z Krupniczej w Podwale, a następnie w Świdnicką. Niestety nie tylko ja jestem amatorem tego luksusowego siedzenia w Skodzie. Wielu zawistników specjalnie zajmuje tę kanapę, żeby mnie pognębić. Liczne podróże z przystanku tramwajowego Krzyki pozwoliły mi jednak opracować niezawodną strategię działania. Biorąc za punkt orientacyjny szarą ławeczkę i wiatę, umiejętnie odliczając kafelki, obliczyłem miejsce, w którym muszę stanąć, żeby ostatnie drzwi podjeżdżającej 6 albo 7 znalazły się tuż przed moim nosem. Z wielką radością obserwuję wtedy miny tych zawistnych, tych niedobrych, którym kontrkrzyżuję krzyżowanie szyków! Wam też nie powiem, gdzie trzeba się ustawić.

Kolejną sprawą, która zawsze mnie fascynowała, jeżeli chodzi o podróż niebieską Skodą, jest obecny przystanek „Wielka”. Wystarczająco często jeżdżę tramwajem, by móc obserwować ewolucję tej nazwy. Co starsi wrocławianie pamiętają, że stał tu kiedyś Poltegor i takoż nazywał się też przystanek tramwajowy w jego pobliżu. Jak wiemy, pod koniec 2006 roku budynek przeszedł do historii. Przystanek przez kolejne kilka miesięcy (o ile się nie mylę) nadal dzielnie nosił imię śp. Poltegoru. W pewnym momencie urzędnicy dojrzeli niedopatrzenie i przystanek przechrzczono na „Wielka – Urząd Pracy”, a w miejscu dawnego Poltegoru, powolutku w niebo zaczął piąć się Sky Tower. I kiedy tak rósł i potężniał, i z każdym piętrem coraz bardziej przypominał nam nowojorski Manhattan – , sukces i bogactwo, to jakoś nazwa przystanku zaczęła znowu przeszkadzać. I urzędnicy kolejnym śmiałym ruchem wycięli z nazwy przystanku „Urząd Pracy”. Tak jakoś śmiesznie mi się kojarzy ta małostkowość. Bo inaczej tego nazwać nie mogę. Że niby, kiedy w swoich penthouse’ach będą turlali się Doda i Bruce Willis, to 200 metrów niżej nie będzie można stać w kolejce po kwitek? Bardzo to dziwne, ale jak już mówiłem, mam dużo czasu na rozmyślania, konkretnie około 20 minut, zanim tramwaj zatrzyma się przy Operze.

Trzecim elementem podczas jazdy tramwajem jest metro. Przepraszam – Metro, a właściwie „Metro”. Chodzi mi o darmową gazetkę, którą rozdają Ci ludzie o smutnych twarzach przy przystankach (np. przy przystanku Krzyki). Moja droga na przystanek jest od strony ulicy Krzyckiej – wyłaniam się spod wiaduktu kolejowego, mijam przystanki autobusowe i jestem przy tramwajowym. Kiedyś pan, który rozdawał gazetkę, był lepszy. Wypatrywał mnie z daleka, a kiedy mnie dojrzał uśmiechał się szeroko i prasę darmową podawał mi elegancko do rączki. Ja wskakiwałem do tramwajku i było słońce, i tęcza.

Teraz to wszystko jest inaczej, uśmiechniętego pana już nie ma. Jest taki wysoki, gburowaty i co też on nie wyprawia, mówię wam! To taki agresywny kapitalista: biega po całych Krzykach, staje przy otwierających się drzwiach autobusów i tramwajów, zarzuca wszystkich prasą. Kiedy wyłaniam się spod wiaduktu, on nie raczy nawet spojrzeć, gdzieś tam biega, zajęty zyskiem. Muszę gonić go, zwracać na siebie uwagę. Zwykle odjeżdżają mi wtedy z cztery tramwaje. Ostatecznie, kiedy doproszę się wreszcie „Metra”, dobry humor już mi nie towarzyszy. Nie pomaga przejrzenie gazety. Dowiaduję się z niej, że młodzi nie mają perspektyw, że nie ma miejsc w przedszkolach, żłobkach, że tata nie korzysta z tacierzyńskiego (godne odnotowania – Word, kiedy wpisałem „tacierzyński”, zamienił mi go na „macierzyński” – dziennikarze „Metra” się o tym dowiedzą) . Raczej nie jest dobrze.

Na koniec przykład mojej małostkowości, we wszystkich Skodach zapisana jest „ilość przystanków”, a nie ich liczba. Dziękuję za uwagę, kończę kawę i idę na tramwaj.

To tylko jeden z czterech felietonów, jakie można znaleźć w nowym numerze \”Kontrastu\”.

Spadkobiercy Tukidydesa

Znają tajemnice żołnierzy, o których nie wiedzą nawet ich żony. Zapach śrutu, świst pocisku, widok płonących wiosek i masa wątpliwości to dla nich codzienność. Wybierają ją, żeby przekazać innym, co dzieje się na froncie. Korespondenci wojenni.

Czytaj dalej

Mali / Wielcy – wystawa Marty Szelewy

Mali / Wielcy” to cykl 22 czarno – białych fotografii, których autorką jest Marta Szelewa. Poetyckie, czasami wręcz surrealistyczne, zdjęcia to opowieści o ludziach, ich samotności, wyobcowaniu, ich relacjach z otoczeniem. Odnosi się wrażenie, że została w nich zatarta granica między realnością a nadrealnością, między jawą a snem. Taki efekt artystka uzyskuje dzięki programom graficznym, które wykorzystuje do obróbki swoich prac. Ten wykreowany przez Szelewę, nieco odrealniony, świat oscyluje wokół zagadnienia egzystencji człowieka i obdarzony jest silnym ładunkiem ekspresji. Zrodzone z wyobraźni fotografie są niczym efemeryczne zapiski, do których każdy może dopisać własne historie.

\"\"Jak mówi sama autorka: „W mojej fotografii od zawsze liczyły się przede wszystkim emocje. Fundamentem wszystkich zdjęć jest moja wrażliwość, wspomnienia i ludzie, których fotografuję i którzy, często nieświadomie, stają się głównymi bohaterami moich bajek. Ten nierealny świat pozwala na zdrową i często potrzebną ucieczkę od chodzenia po twardej i zmarzniętej ziemi. Nigdy nie wiem, gdzie zaprowadzi mnie dana bajka, gdy ją tworzę, ale jedno wiem na pewno – do każdej wkładam cząstkę siebie, w każdej jestem obecna i doceniam, kiedy inni dostrzegają w nich także siebie samych, swoje małe i większe historie”

.

Marta Szelewa, urodziła się 14 lutego 1990. Jest fotografem – samoukiem. Mieszka w Ostrówku. Swoje zdjęcia prezentowała m.in. na festiwalu Wszelkie Przejawy Artyzmu w Dusznikach Zdroju w 2011 roku.

Strona internetowa: http://plfoto.com/188751/autor.html

Podczas wernisażu wyświetlony zostanie slideshow, prezentujący trzy serie fotograficzne: „Portrety”, „Ciała i Gesty”, „Krótki Monolog Intymny”.

 

Kurator wystawy: Marta Przetakiewicz

 

Wernisaż: 11.05.2012 | godzina: 18:00

Miejsce: Firlej, ul. Grabiszyńska 56, Wrocław, www.firlej.wroc.pl

Termin: 11.05.2012 – 13.06.2012

Wstęp wolny

(mp)

KAN-dydaci za kamerą

XIII edycja KAN przyciągała publikę powoli, lecz systematycznie. Z godziny na godzinę sale zapełniały się widzami spragnionymi kina innego, będącego poza oficjalnym obiegiem. Prezentowane filmy nie dostarczyły okazji do rozczarowań, chyba, że tych bardzo pozytywnych.

Czytaj dalej

Ody ciekawie odbite – recenzja nowego tomiku Karola Maliszewskiego

Jakiś czas temu na konferencji prasowej poświęconej ogłoszeniu szerokiej listy autorów nominowanych do Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius

Jacek Łukasiewicz – przewodniczący jury – mówił, iż w ostatnich latach zauważył dużą zmianę, jaka dokonała się w szacie graficznej nadsyłanych do konkursu tomików wierszy. Wydawcy i autorzy owych książek zaczęli zwracać uwagę na ich fizyczność, która z czasem nabierała coraz większej wagi. Wolumin przestał być wyłącznie nośnikiem literackich treści – sam stał się integralnym składnikiem dzieła. Elementy takie jak czcionka, papier, okładka na stałe związały się z tekstem, przydając mu kolejnych kontekstów. Zdaje się, że Łukasiewicz miał rację, a owa tendencja wciąż narasta. Doskonale zaś wpisuje się w nią najnowszy tomik Karola Maliszewskiego Ody odbite.

J\"\"uż sama biała, matowa okłada z rozlewającym się na niej ciemnoniebieskim kleksem, w którego środku znajduje się wypisany różową antykwą tytuł, wywołuje uczucie staroświeckości. Wrażenie pogłębia się, gdy spojrzymy na wypisane złotą czcionką imię i nazwisko autora oraz niewielkie logo wydawcy w prawym górnym rogu. Kolory są wyblakłe, matowe, sugerują, że tomik został wydany przed wielu laty, co resztą pasuje do rzadko już używanego gatunku, jakim jest oda. Wygląda to wszystko nieco hipnotyzująco, szczególnie ten kleks, poprzecinany pod różnymi kątami poziomymi, błękitnymi liniami, które zdają się poruszać, gdy się w nie wpatrujemy. Tak, jakby ta plama atramentu żyła własnym życiem, zmieniała położenie, rozlewała się po białych połaciach kartki, odbijała sama od siebie…

Jeszcze ciekawiej jest, gdy zajrzymy do środka. Wewnętrzna strona okładki jest cała złota, również matowa. I to wprowadza nastrój staroświeckości, a wraz z nią tajemniczości, może nawet mistyki. W końcu złoty to kolor bóstwa, to on często niczym ikonostas oddziela sacrum od profanum, a w tym wypadku wiersze od świata zewnętrznego. Kolor ów to także przepych, bogactwo, nadmiar… Gdy zaś ułożymy książkę pod światło i na tej – wewnętrznej – stronie zarysuje się kleks z okładki. Będzie ciemnego koloru, będzie irytował, niczym plama na nowej koszuli, ale przez to właśnie będzie pociągający. Zburzy statyczność złota, odbije się na jego tle. Doda do idei porządku ideę przygody tak, jak krzesłu z Herbertowskiego wiersza przydała jej pomięta chusta.

Pozostają jeszcze strony, które oddzielają od siebie kolejne części książki: Ody odbite, Wiersze pisane i Mojego brata, Hioba. Wszystkie są czarno-białe. Podobnie jak kleks z okładki przecinają je załamane pod różnymi kątami linie, które zdają się poruszać, gdy na nie patrzymy, zmieniać swoje położenie, cały czas stwarzać się na nowo. Wzory oczywiście się nie powtarzają – nie tylko między kolejnymi częściami, ale nawet na połaciach też samej strony. Pozbawione ich są wyłącznie niewielkie przestrzenie, na których wypisano tytuły poszczególnych części. Tak jakby wyłącznie poziom słowa – poezji – był wolny od pomieszania świata, próbował go porządkować. Tylko na nim linie układają się w litery, litery w słowa i tak dalej…. Najlepiej chyba widać to na kartce sygnalizującej początek pierwszej części. Z białego koła, w którym wypisany jest jej tytuł odchodzą kanciaste linie. Z jednej strony więc słowo stara się budować, składać pogubione znaczenia w jedno, wracać do ich początków; z drugiej samo jest źródłem czegoś nowego. Odbite jednak w świecie, w dyskursie, samo się gubi i traci sens, który przecież starało się przywrócić. Wiersz tylko przez chwilę jest czysty – aż do premierowego odczytania, które wyprowadza odeń pierwszą linię. Po niej pojawiają się kolejne i kolejne i kolejne: proste, krzywe, pionowe, poziome, załamane…. Wszystko się miesza, wszystko się gubi i trzeba budować od nowa, raz jeszcze odbijać pod coraz to innym kątem i wierzyć, że może tym razem będzie inaczej.

Wypadałoby teraz przejść na poziom słowa, lecz tutaj pozostaje mi tylko się pokajać i spróbować wytłumaczyć… Przepraszam więc, że miast pisać o poezji Maliszewskiego zajmuję się w naiwny – nie ma co ukrywać – sposób szatą graficzną, w jaką ją odziano. Rzecz w tym, że mimo kilku lektur Ód nie został we mnie nawet jeden wers, który by mnie zachwycił, wzruszył albo gryzł gdzieś pod skórą i nie dawał spokoju. Próbuję sobie przypomnieć choćby taki, jaki wzbudził gniew lub poirytowanie, ale do głowy przychodzi mi wyłącznie pewna luźna rozmowa, podczas której usłyszałem: W tym tomiku, irytuje tylko notka Gutorowa na odwrocie…

Paweł Bernacki

"Barwy przemian" – wernisaż i wystawa Kaliny Jarosz

Zapraszamy na pierwszą oficjalną wystawę naszej redakcyjnej ilustratorki Kaliny Jarosz! Wernisaż zatytułowany \”Barwy przemian\” będzie można zobaczyć już 22 kwietnia w \”Mleczarni\”. Start godzina 19.00.

Czytaj dalej

Spotkanie z Filipem Springerem

Autor młodego pokolenia, dziennikarz i fotoreporter w jednej osobie, Filip Springer, zawitał do Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej w chłodne przedświąteczne popołudnie*. Spotkanie nie było ściśle związane z promocją jego ostatnich książek (Miedzianka. Historia znikania oraz Źle urodzone. Reportaże o architekturze PRL-u), choć w wielu momentach do nich nawiązywało.

Czytaj dalej