Wielki Kaliber

Jak co roku głównym punktem odbywającego się we Wrocławiu Międzynarodowego Festiwalu Kryminału było wręczenie Nagród Wielkiego Kalibru: honorowej i „klasycznej”. O ile o tym, że pierwszą dostanie Maj Sjowal – skandynawska dama powieści z dreszczykiem, o tyle o tę drugą walczyło grono uznanych polskich autorów. Wśród nich znaleźli się: Gaja Grzegorzewska, Tadeusz Cegielski, Ryszard Ćwirlej, Wiktor Hagen, Adam Ubertowski, Paweł Goźliński i Marcin Wroński. Główna nagroda – ufundowane przez Prezydenta Wrocławia Rafała Dutkiewicza dwadzieścia pięć tysięcy złotych – przypadło jedynej w tym gronie powieści, której autorką była kobieta – „Topielicy”. Czek Gai Grzegorzewskiej wręczyli: Ireneusz Grin do spółki z Adamem Grehlem – Wiceprezydentem stolicy Dolnego Śląska.

\"\"

Wzruszona autorka nie kryła wzruszenia, ale też zaskoczenia. Jak sama stwierdziła – spodziewała się, że będzie niczym Martin Scorsese, który zaczął otrzymywać wyróżnienia dopiero w podeszłym wieku. Cóż, tym razem Jury na to nie pozwoliło i przewagą głosów cztery do trzech przyznało jej zwycięstwo nad drugim „Julem” Pawła Goźlińskiego. W wyniku widzimy więc potwierdzenie słów jednej z jurorek – Joanny Paradowskiej – jakby walka o zwycięską ksiażkę trwała dosłownie do ostatniej chwili.

Gdy zaś zakończyła się część oficjalna scenę opanował Duet Gremplina, a więc dwóch Jarków: wokalista Czarno-Czarnych Janiszewski i trójmiejski bard Ziętek. Muzycy bawili publikę parodiami najsłynniejszych muzycznych szlagierów, wśród których zdecydowanie największą owację zebrało „Tam gdzie rosną dzikie róże”, pochodzące z repertuaru Nicka Cave’a Kylie Minogue. Co prawda polscy artyści trzymali się dość wiernie oryginalnego tekstu piosenki, ale występujący w roli zmysłowej Australijki Janiszewski sprawiał, że widzowie dosłownie tarzali się po parkiecie.

Poza muzykami czas gościom umilali wynajęci przez organizatorów aktorzy, dzięki którym wrocławska Mleczarnia zmieniła się na ten wieczór w knajpę rodem z początków PRL. Cinkciarze, funkcjonariusze w skórzanych płaszczach kokoty, podpici barmani z dziarskim wąsikiem – wszyscy oni sprawili, że niektórym przypomniały się lata młodości, a innym na myśl przyszły opowieści słyszane od dziadków i rodziców. Szczególnie, że pod czasy późnych lat czterdziestych podchodziły także serwowane alkohole oraz jadło, ale to już o której w publikowanym teście pisać się nie powinno.

Wszystko to połączone z nieoficjalnym świętowaniem pięćdziesiątki Marcina Świetlickiego zapewniło przybyłym gościom niewątpliwie udany wieczór i było godnym zwieńczeniem Międzynarodowego Festiwalu Kryminału, który z każdym rokiem staje się coraz ciekawszą i poważniejszą imprezą. Żeby jeszcze tylko Mistrz Marcin zaczął znowu pisać porządne teksty… No ale nie można mieć wszystkiego.

Paweł Bernacki