Tomasz Raczek – kozioł ofiarny czy koń pociągowy?

Z niemałym zdziwieniem czytałem wczoraj informacje, jakoby producent filmu „Kac Wawa” Jacek Samojłowicz pozwał do sądu Tomasza Raczka i zażądał od niego gigantycznego odszkodowania za miażdżącą recenzję, jaką krytyk wystawił jego najnowszej produkcji. Zdaniem oskarżyciela tekst sprawił, że intensywnie promowana komedia skończyła się całkowitą komercyjną klapą, przez co poniósł on wielomilionowe straty. Wydarzenie to skłania do postawienia kilku poważnych pytań. Po pierwsze o wolność słowa, po drugie o rolę krytyka w obiegu kulturalnym i po trzecie, o co właściwie chodzi.

Temu, że Tomasz Raczek wystawił „Kac Wawie” fatalną recenzję nie można się dziwić. Film jest żałośnie wręcz słaby i znajduje to odbicie we wszystkich opiniach na jego temat. Przeczytałem ich wiele i nie znalazłem ani jednej pozytywnej. Każdy kolejny tekst krytykował beznadziejne aktorstwo, wulgarny i głupi humor, płytką fabułę, fatalną reżyserię, intelektualną pustkę… Mówiąc krótko oberwało się każdemu elementowi filmowego rzemiosła. Recenzja Tomasza Raczka była więc po prostu jedną z wielu. Można powiedzieć, że odzwierciedlała zdanie ogółu. Czemu więc pozwano akurat jego? Pan Samojłowicz powinien się wszak cieszyć, że krytyk z uznanym nazwiskiem w ogóle wybrał się na wyprodukowaną przez niego komedię.

Skoro zaś recenzent poszedł do kina i obejrzał film, to chyba miał prawo, a może nawet obowiązek o nim napisać. To w końcu jego zawód. Krytyk (przynajmniej w teorii): czyta, ogląda, słucha, a potem wystawia opinię. Jego rolą w obiegu kulturalnym winno być dyskutowanie, wyrażanie swojej opinii, postulowanie, wskazywanie możliwych dróg rozwoju, komentowanie, a także ocenianie. Cenzurka zaś jak to cenzurka – może być celująca, ale może być też mierna. W tym wypadku zaszła ta druga sytuacja. Odpytywany uczeń dostał dwóję, ale zamiast najpierw spojrzeć na siebie i zastanowić się, czy przypadkiem wina nie leży po jego stronie, pobiegł z płaczem do mamy skarżyć się na nauczyciela. Jeśli Pan Samojłowicz uważa, że Tomasz Raczek był niesprawiedliwy niech broni swojego filmu merytorycznie – niech wykaże jego artystyczne wartości, plusy, mocne strony. Niech pokaże choć jedną… Dlaczego zamiast tego, mówi tylko o własnej kieszeni i biegnie do sądu? Nie każda inwestycja musi się przecież spłacić i powodem porażki wcale nie musi być nieprzychylna opinia dziennikarza.

Współczesny, okrutnie skomercjalizowany, rynek już dawno wyleczył mnie z wiary w to, że zdanie krytyka cokolwiek znaczy i ogół się nim przejmuje. Czasy gdy miało ono wpływ na kształtowanie gustów minął bezpowrotnie. Dawno temu pogodziłem się z tym, że tłumy będą walić na najgorsze choćby produkcje i czytać fatalne książki, mając głęboko w poważaniu to, co pisze o tym Raczek, Kałużyński, Śliwiński, Poprawa czy jakikolwiek inny filmoznawca tudzież literaturoznawca. Kultura to produkt, który trzeba sprzedać. Dużo większe znaczenie od wyżej wymienionych w jej promowaniu mają współcześni inżynierowie ludzkich dusz, a więc specjaliści od reklamy. Może ktoś dał plamę na tym polu, a Tomasz Raczek został tylko kozłem ofiarnym? A może wręcz przeciwnie – koniem pociągowym?

Popularne powiedzenie głosi, że „nieważne jak się mówi, ważne, że się mówi”. Skoro więc „Kac Wawa” ponosi klęskę i wszelki rozgłos na jego temat przygasa, trzeba rozbuchać go na nowo. W tym wypadku dorwać znanego krytyka, a dziś także celebrytę, o którym głośno było ostatnio raczej z powodu jego związku niż pisarstwa i hajda do sądu. Jaki wyrok by nie zapadł (w skazujący nie wierzę), dyskusja o „Kac Wawie” rozgorzeje na nowo na kilka dni i pewnie przyciągnie do kina pokaźne grono osób, chcące sprawdzić czy Raczek ma rację i o co w ogóle cała afera. Zmyślne. Szczególnie że samemu Raczkowi taka sytuacja również powinna odpowiadać. Znowu jest o nim głośno, wychodzi przed szereg, jego teksty cieszą się zainteresowaniem ludzi, którzy wcześniej kojarzyli go głównie ze zdjęć na Pudelku. Zaraz zapewne pojawią się propozycje wywiadów, kilka „ciekawych” newsów na jego temat… I wszystko gra.

Rodzi się tylko pytanie, kto w tej całej farsie przegrywa. Ano krytyka, która miast oddzielać ziarna od plew i wskazywać dzieła wartościowe, staje się narzędziem do robienia medialnego hałasu wokół filmu, który, zdaje się, nań nie zasługuje. I czy powinniśmy się temu dziwić? Chyba nie. O tempora! O mores!

Paweł Bernacki