Spotkania z Teatrem Jednego Aktora

W dniach 24-27 listopada odbył się festiwal WROSTJA, czyli Wrocławskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora. Była to już 45 edycja przeglądu monodramów mniej lub bardziej znanych aktorów. Monodram to wyjątkowo trudna forma teatralna, w której artysta zdany jest tylko na siebie i wyłącznie swoją osobą musi zdobyć zaufanie publiczności do historii, którą opowiada. Aktorzy występujący na tegorocznym przeglądzie poradzili sobie bardzo dobrze, nie bojąc się stanąć twarzą w twarz z bardzo wymagającą widownią, wśród której zasiadali jurorzy 40. Ogólnopolskiego Festiwalu Teatrów Jednego Aktora, czyli Janusz Degler, Jolanta Góralczyk, Bogusław Kierc, Krzysztof Kuliński, Tomasz Miłkowski. Wysłuchali przez dwa dni osiem monodramów, odbywających się na scenach teatru PWST w hotelu Savoy oraz na Małej Scenie w Teatrze Muzycznym Capitol.

Pierwszego dnia wysłuchaliśmy Krystyny Maksymowicz-Ambros, aktorkę Teatru Współczesnego w Szczecinie, ze spektaklem „Z Beniowskiego”; Marka Żerańskiego (Warszawa) z monodramem „Heine”; Dariusza Sosińskiego (Kalisz) – „Tancerz mecenasa Kraykowskiego” oraz Anny Rakowskiej – studentkę wrocławskiego PWST – „Salome”. Każdy z tych monodramów dotykał innego świata. Największe wrażenie na mnie zrobił Dariusz Sosiński, który zaprezentował prześmiewczą, słodko-gorzką gombrowiczowską historię świetnie operując środkami pantomimicznymi. Aktor dał popis znakomitej znajomości swojego ciała. Jednak prawdziwym wygranym tego dnia był pozakonkursowy występ laureata Turnieju Teatrów Jednego Aktora „Sam na scenie” w Słupsku Mateusza Nowaka z monodramem ,,Teatralność” na bazie tekstów Bernarda Marie Koltesa, Łukasza Rippera i Michała Walczaka. Spektakl, który nie dość, że ubawił widzów do łez, to prowokacyjnie rzucił światło na problematykę „ja” w teatrze, reżysera, warstwy tekstowej, czyli to co w polu słowa „teatralność” powinno się zawierać, a wszystko w komicznej obróbce. Przyznaję, w czasie spektaklu patrzyłam z ciekawością na reakcję szanownego gremium – jedni śmiali się serdecznie, niektórzy w zamyśleniu z lekkim uśmiechem obserwowali wyczyny Mateusza. Jedno jest pewne – był to jeden z lepszych (może nawet najlepszy) monodramów na festiwalu, co zaowocowało nagrodą „Szczebel do kariery” za szczególny debiut młodego aktora oraz indywidualnym pozaregulaminowym wyróżnieniem przyznanym przez Bogusława Kierca. Warto wspomnieć, że sam sposób przyznawania nagrody było osobnym „monodramem” pana Kierca, co, wnioskując z reakcji widowni, jest już miłą tradycją na festiwalu.

Drugiego dnia zaprezentowali się, jak się później okazało, sami laureaci 40. OFTJA: Jacek Grondowy z Jeleniej Góry ze spektaklem ,,Novocento”; Monika Bolly (Wrocław) – „Sachem”, Krzysztof Grabowski (Elbląg) – „Patryk K.” oraz studentka wrocławskiego PWST Paulina Raczyło z monodramem „Dobre ciało”. Tym razem każda z przedstawionych historii w mniejszym lub większym stopniu zazębiała się, przypadkowo tworząc całość. Były dzieje amerykańskiego pianisty-geniusza Novocento, (monodram nagrodzony przez Krzysztofa Kulińskiego), opowieść o traumatycznych przeżyciach mieszkańców rdzennej Ameryki ( nagroda Najlepsza Aktorka Dolnego Śląska dla Moniki Bolly oraz indywidualne wyróżnienie Janusza Deglera ), zwierzenia na tematy damsko-męskie ( wyróżnienia Jolanty Góralczyk i Tomasza Miłkowskiego dla Krzysztofa Grabowskiego) oraz quasi musicalowo-kabaretowy ,,pokaz” piękna rubensowskiego ciała ( nagroda w postaci wyjazdu do Brukseli dla Pauliny Raczyło).

Wydarzeniem dla mnie niesamowitym był występ słowackiej aktorki Milki Zimkowej z monodramem „Sójka”, który pokazany został w związku z promocją publikacji Milosa Mistrika o tejże artystce. Milka Zimkowa mówiła bez zbędnych środków, trzymając jedynie szal w dłoni, całkowicie hipnotyzując publiczność. Spektakl był w języku rodzimym artystki i choć nie zrozumiałam większości z tego co powiedziała, sprawiała, że chciało jej się słuchać i wierzyć. Skąd Milka Zimkowa czerpie taką moc? Nie mam pojęcia, ale wielu aktorów może jej pozazdrościć.

Festiwal oprócz stricte artystycznych doznań zmuszał do refleksji na temat kondycji przyszłości polskiego teatru i formy monodramu. Niestety konkluzje nie są optymistyczne. Dziwną sprawą jest to, że na takim wydarzeniu było bardzo mało młodych osób. Odniosłam raczej wrażenie, że większość publiczności towarzyszy spotkaniom WROSTJA od samego ich początku. Oczywiście, jest świetną sprawą kiedy cała hałaśliwa grupa studentów PWST wkroczyła na występPauliny Raczyło i serdecznie oklaskiwała swoją koleżankę, ale już na innych monodramach ich nie było. Brakuje pewnego kontaktu dwóch światów, dyskursu pomiędzy młodymi pasjonatami a doświadczonymi specami. Nie trzeba mieć tytułu naukowego żeby móc rozmawiać o teatrze, a w czasie tego festiwalu takich rozmów zabrakło. Chociażby podczas sesji ECHA DNIA, które są już tradycją festiwalową od wielu lat. Redaktorzy Krzysztof Kucharski i Mariusz Urbanek dokonali podsumowania uczestników festiwalu. Pierwszy z panów zaznaczył, że tendencja teatrów jednego aktora na przestrzeni lat zatoczyła koło: artyści powracają do ograniczenia środków pozawerbalnych. Rezygnują z przesadnej scenografii, aby skupić uwagę jedynie na słowie. Postawili również diagnozę dotyczącą postawy młodych adeptów szkół teatralnych. Najsmutniejsze i najbardziej zastanawiające jest to, że kiedy pojawiały się zarzuty dotyczące chociażby braków technicznych (np.: coraz gorsza dykcja) czy przesadnego manieryzmu aktorów, z sali nie podniósł się żaden głos sprzeciwu. A powinien. Takie opinie są może i są słuszne, ale bardzo generalizujące i krzywdzące. Bo jak zauważył Wiesław Geras, dyrektor artystyczny WROTSJA, przykład idzie z góry: na spotkaniu z litewską aktorką Birute Mar nie było żadnego wykładowcy PWST. Dlaczego tak się dzieje? Jest to debata na długie godziny rozmów, chęci obu stron i niejeden festiwal.

WROSTJA wydaje się być nieco przykurzonym, pachnącym zupą pomidorową z hotelu Savoy, potrzebującym oddechu świeżego powietrza festiwalem. Nie mówię o uczestnikach, bo poziom merytoryczny monodramów jest dobry ( a może być jeszcze lepszy!), to nie ulega wątpliwości. Niepowtarzalną artystyczną atmosferę wprowadzają rozmowy o sztuce prowadzone gdzieś w kuluarach, spotkania po latach wykładowców ze swoimi absolwentami, spotkania ludzi, których łączy wspólna pasja: teatr. Jednak to wszystko zdaje się zanikać, blednąć. Brakuje szerszego zainteresowania festiwalem, chęci rzeczowych dyskusji i energii młodych ludzi. Wielką szkodą dla Wrocławia byłby brak WROSTJA w kalendarzu wydarzeń artystycznych, a zasługuje na to by być jednym z większych. Tego i sobie, i aktorom, którzy będą nieraz występować ze swoimi monodramami i publiczności życzę.

Karolina Żurowska

Współpraca: Aleksandra Zawłocka