Figury namiętności

Co pozostaje po piątkowej premierze Teatru Polskiego, Blanche i Marie? Przede wszystkim – stan aksjologicznej niepewności. Spektakl zachwyca i smuci, porusza i irytuje, a, co najważniejsze, nie pozwala na zwięzłą i jednoznaczną ocenę. Myśli widza, raz wprawione w ruch, nie przestają krążyć wokół splotu wątków i wrażeń skumulowanych w ciągu prawie dwugodzinnego widowiska. Zbadajmy ów splot i kierunki, w które odsyła nasze rozwżania.

Debiutant Cezary Iber, odczytując powieść i dramat Pera Olova Enquista, inscenizuje grę namiętności toczącą się między czwórką bohaterów. Każdy z nich, niczym pionek na zwariowanej szachownicy, reprezentuje rozmaite, często ze sobą sprzeczne, racje. Postacie kobiet – Blanche, słynnej pacjentki doktora Charcota i Marii Curie-Skłodowskiej – to, z jednej strony, figury oskarżające patriarchalny porządek i właściwie mu uprzedmiotowienie żeńskiego ciała, a z drugiej, mówiąc językiem badacza histerii, tajemnicze lądy domagające się zbadania. Charcot z kolei waha się między groteskowym scjentyzmem a niemal ludową fascynacją tym, co irracjonalne. Być może najbliższy jest nam Freud – nowoczesny naukowiec, dzięki bolesnej wiedzy, przeczuwający (bo chyba, mimo wszystko, nie w pełni uświadamiający sobie) własne słabości.

Ów chaos tematów na płaszczyźnie tekstu dramatycznego nie przedstawia się, niestety, zbyt przekonująco. Statyczne monologi postaci tłumią siłę płynącą z materii zagadnienia. Na szczęście reżyser zrekompensował ten brak doskonałym wykorzystaniem innych środków artystycznych: motywy muzyczne (wprawdzie nieco sentymentalne), sekwencje taneczne, sceniczne aranżacje (postumenty tworzące przestrzeń akcji, żywa gra aktorów (znakomita rola Marty Zięby) składają się na spójną, proporcjonalnie zbudowaną całość.

Estetyczne wzruszenie to bowiem największa wartość spektaklu. Skoro ma przemawiać artyzm, to należy przytłumić ideologiczne roszczenia. Tak uczynił reżyser, który, sugerując moralną ocenę ukazanych zjawisk, oszczędził widzom dosłownego wykładu. I może to właśnie niepokoi, a czasem, subiektywnie i feministycznie, irytuje? Ale czyż, mówiąc patetycznie, sztuka nie powinna poruszać się właśnie drogą niepewności i lęku? Oto aksjologiczna niepewność zrodzona przez teatr i – zapewne – ryzyko, godne podjęcia.

Katarzyna Lisowska