Fragmenty – "Lęk wysokości"

Tytuł: Lęk wysokości\"\"

Reżyseria: Bartosz Konpka

Występują: Marcin Dorociński, Krzysztof Stroiński, Dorota Kolak, Magdalena Popławska, Anna Dymna

Rok: 2011

To takie dziwne uczucie, kiedy siedząc w kinie nie możemy oderwać wzroku od oglądanego filmu, choć w zasadzie sami nie wiemy dlaczego. Akcja toczy się wolno, na ekranie niewiele się dzieje, jedne sceny spokojnie napływają na drugie, żadnych gwałtownych zwrotów akcji, żadnych olśnień i przełomów… Właściwie powinniśmy się nudzić, co chwilę zerkać na zegarek nie mogąc doczekać się końca seansu. Nic takiego się jednak nie dzieje. Co więcej, gdy naszym oczom ukazują się napisy końcowe i w sali zapala się światło, czujemy jakiś dziwny, głęboki smutek, coś uciska nas w dołku. Tak chyba musieli czuć się starożytni Grecy po zakończeniu spektaklu, który oczyścił ich z litości i trwogi. Ja przeżyłem to po projekcji Lęku wysokości Bartosza Konopki.

Od pierwszej sceny zostajemy wrzuceni w sam środek skomplikowanej relacji między synem (Marcin Dorociński) a chorym psychicznie ojcem (Krzysztof Stroiński). Pierwszy właśnie w pełni staje na własne nogi: zaczyna odnosić sukcesy w karierze dziennikarza, myśli o założeniu własnej rodziny, urządza się w nowym mieszkaniu. Wzrasta. Drugi żyje opuszczony, w zdewastowanym mieszkaniu w jednym z górnośląskich miast. Przeżywa kolejne nawroty choroby, nie zażywa leków, co rusz trafia do szpitala psychiatrycznego. Kurczy się, zanika. Jest ostatnią osobą, jakiej potrzebowałby przeżywający doskonały okres syn. A jednak… jest jego ojcem. Człowiekiem, który nie tylko go spłodził, ale dzięki któremu przeżył najpiękniejsze, ale i najgorsze, chwile swojego życia. Łącząca obu mężczyzn więź napina się wielokrotnie, raz po raz trzeszczy, przeciera się, ale nie chce puścić, choć być może przyniosłoby to ulgę dwójce mężczyzn. Obaj są ze sobą związani, więżą się nawzajem, a jednak gdzieś podskórnie czują, że paradoksalnie to metafizyczne więzienie uczy ich człowieczeństwa i wypływającej z niego wolności.

Tę dwubiegunowość relacji doskonale oddają przestrzenie filmu. Zniszczone, zagracone i mroczne mieszkanie ojca kontrastuje z nowym, jeszcze nieumeblowanym apartamentem syna. Pierwsze staje się czymś na wzór grobu, drugie to przestrzeń, gdzie może rozpocząć się nowe życie. Traumatyczne sale szpitala psychiatrycznego przepełnione snującymi się wszędzie, samotnymi w tłumie chorymi, zostają zderzane z górskimi krajobrazami, na tle których człowiek może poczuć się zdolny do złapania nóg Boga. Niby dwie samotności, a jakże różne – jedna wynikająca z niewoli, druga z wolności, jedna zatruta poczuciem beznadziei, druga pozwalająca się łudzić, że lepsze dni mogą jeszcze nadejść.

Wszystko to, to oczywiście tylko fragmenty, wyrywki z długich lat wspólnego życia, lecz właśnie z nich i wyłącznie z nich został zbudowany ten film. Z przeplatających się momentów, czasem wręcz sekund, podczas których między bohaterami wydarza się coś ważnego. Cały czas i przestrzeń pomiędzy przestają być ważne. Nieistotne stają się chwile, gdy między ojcem i synem nic się nie dzieje, gdy próbują o sobie zapomnieć i żyć bez siebie. Nawet kiedy na ekranie nie ma któregoś z nich, podskórnie wyczuwa się jego obecność, tak jakby jego duch wisiał gdzieś nad tą czy inną sceną. Relacja między dwoma mężczyznami organizuje całość dzieła, nic nie jest w stanie się z niej wyrwać. I tak być musi, bo egzystencja obu mężczyzn, to właśnie te – raz lepsze, raz gorsze, ale zawsze trudne – fragmenty.

Kiedy w końcu owa sekwencja wyrywków zostaje przerwana i film się kończy, siedząc w kinie czujemy, że ciężar tej trudnej relacji jeszcze nas przytłacza, jeszcze nam dokucza. Dopiero po dłuższej chwili odpuszcza, pozwala wstać z fotela i skierować się w milczeniu do wyjścia. I gdy tak szedłem wśród innych, ciągle jeszcze przygarbionych pod ciężarem Lęku wysokości, widzów, czułem się choć na kilka minut oczyszczony. Oczyszczony z litości i trwogi. Litości, bo ta historia musiała wzbudzić współczucie. I trwogi… Trwogi, bo to mogło przydarzyć się każdemu – również mnie, bo to opowieść także o moim człowieczeństwie.

Paweł Bernacki

Dodaj komentarz