Impreza u Anglika

Biforek” u znajomych, potem ewakuacja na miasto i impreza do rana brzmi znajomo? Imprezować lubimy i będziemy lubić – nie zmieni się to nigdy, bez względu na to, czy wydawać będziemy złotówki, czy euro, i czy będzie to w zjednoczonej Europie, czy w jej pozostałościach. Tak samo myślą Anglicy, jednak tu, mimo wielu podobieństw, życie nocne potrafi wyglądać zupełnie inaczej.

Od początku wiedziałem, że jadąc na Erasmusa nie będę siedzieć w bibliotece przez cztery miesiące z przerwami na zwiedzanie Stonehenge i Londynu. Mimo że nie należę do osób szczególnie imprezowych, płynie we mnie studencka krew, która każe mi poznawać różne miejsca związane z szeroko pojętą kulturą imprezową. Oprócz tego płynie też we mnie krew Polaka, której nie obcy jest kontakt z etanolem. Nie oznacza to jednak, że przybywając na Wyspy, ja, ­ ze wspomnianej już krwi i kości Polak, ­ cierpię na jakiś, uchowaj Boże, kompleks, albo że uważam, iż moi rodacy piją za dużo. Wręcz przeciwnie, po krótkim pobycie tutaj jedynie przekonałem się, że to nie Polacy mają problem alkoholowy, a Brytyjczycy – i to spory. Ale oczywiście nie tylko na alkoholu zabawa polega.

 \"\"

Mity i fakty związane z imprezowaniem w Wielkiej Brytanii

Biforki

Zanim następuje część właściwa imprezy (rozumianej jako taneczna zabawa w miejscu do tego przeznaczonym), każdy, rzecz jasna na swój sposób, stara się do niej przygotować. Jeśli chodzi o typowe „wprawianie się”, Polacy trzymają się nieśmiertelnych „biforków”, które ­ zwykle w zaciszu domowej lodóweczki ­ skutecznie przygotowują imprezowiczów do pójścia „na miasto”. Zdarza się jednak, że impreza zacznie się w pubie, a dopiero później przesunie się do miejsca zwykle zwanego, Bóg raczy wiedzieć czemu, klubem. Anglicy chyba odrobinę wolą bifory w pubach, ale nie stronią od domowych startów.

 No to postójmy!

Polacy są wiecznie zmęczeni, a przynajmniej za takich chyba chcą się uważać, bo gdzie nie pójdą, muszą sobie usiąść. Tramwaj i przychodnia to miejsca, w których jest to naturalne, ale potrafimy też przesadzać i bić się o miejsca w knajpach, co niekoniecznie jest ludziom potrzebne, nawet w Anglii. Anglicy bowiem to kultura stojąca – o ile w klubach i dyskotekach jest oczywiste, że tłumy ludzi muszą się jakoś pomieścić, a najbardziej adekwatną pozycją, która pozwala na maksymalną kompresję przestrzenną ludzi jest ta stojąca, o tyle w pubach wynika to z tradycji. Jakiej? Chyba tej, mówiącej o tym, że każdy może sobie swobodnie pogadać z każdym, a przy tym ma wolny dostęp do baru.

Nie znaczy to oczywiście, że nie ma miejsca do siedzenia, albo nawet, że jest go mniej w \"\"pubach i barach na Wyspach niż w ich odpowiednikach w Polsce. Różnica polega na tym, że jeśli pięciu Anglików wejdzie do pubu, w którym jest dużo ludzi i nie ma gdzie usiąść, to zapewne trzasną sobie po piwku, postoją i chyba niczym się specjalnie nie przejmą. W Polsce bazujemy na „miejscach”: w trakcie poszukiwań i planowania spotkań piwno-towarzyskich, które nie są typowymi imprezami, stwierdzenie „nie ma miejsca” oznacza, że „nie ma gdzie usiąść”. To zasadniczo dyskwalifikuje miejsce i skłania nas do kontynuacji poszukiwań. Na Wyspach w trakcie wieczornych eskapad coś takiego jak „nie ma miejsca” nie istnieje.

Zabawa do czasu

Chyba najbardziej niezrozumiałą sprawą związaną z funkcjonowaniem wielu miejsc w Wielkiej Brytanii są godziny ich otwarcia. Mianowicie, nie liczy się tutaj logika związana z realnymi potrzebami klienta, za to bardziej swego rodzaju kompromis pomiędzy sprzedawcą/usługodawcą a klientem. Trudno mi bowiem inaczej wytłumaczyć fakt, że sklepy w dni powszednie potrafią się zwijać nawet o 17, a zwykle o 18, czyli de facto bez szans dla przeciętnego, pracującego klienta na swobodne buszowanie po sklepach. Dokładnie tak samo jest z wszelkimi miejscami związanymi z życiem nocnym: w ciągu tygodnia najkrócej działają puby i bary, a dłużej kluby. Nie zdziwcie się zatem, gdy mimo pełnego obłożenia i stanu uczestników imprezy wskazującego na to, że świetnie się bawią, o godzinie pierwszej w środę, zapalą się wszystkie światła, a parędziesiąt osób nadal chętnych do zabawy będzie wypraszanych, mimo że mało kto ma na to faktycznie ochotę.

Cały tekst Wojtka Szczerka można przeczytać w najnowszym numerze \”KONTRASTU\”. Strona 24.