Krótko i złośliwie o rowerzystach

 Proszę sobie wyobrazić – idę ulicami Wrocławia z kolegą mym autobusowym Interwałem, gdy nagle przy przejściu dla pieszych zapala się nam światło czerwone.  Lecimy? pytam kompana, na co on mi: czekaj bo zerówka jedzie, co spuentowałem wzniośle brzmiącym frazesem: z zerem nie ma żartów. Światła jednak przeskoczyły, błysnęło zielenią i już zbieram do marszu,  kiedy to Interwał za rękaw mnie łapie z uwagą na ustach: uważaj jedynka jedzie, którą to uwagą nieszczególnie poruszony odpowiadam: na zielonym to mi może skoczyć i już dumny stawiam krok pierwszy na torowisku, już pewny siebie do przodu brnę i pewnie bym tak wkroczył prosto pod koła, gdyby kolega mój nie rzekł: z jego gabarytami to każdemu może skoczyć.

Przyznam bez bicia poruszyło mnie to i do myślenia skłoniło, do tego stopnia, że przez mózg mój przebiegło stwierdzenie, iż ten Interwał to głupi nie jest. Bo oto wchodząc na jezdnię, opuszczam swe naturalne środowisko i jedną z lichszych istot się staję, sytuując się w szeregu, co prawda przed kotami i gołębiami, ale na pewno za samochodami i autobusami, że o tramwajach nie wspomnę.  Jakoś to jednak wytrzymuję – wszak wystarczy pokonać te kilka metrów i znowu wracam na chodnik, więc na tę przestrzeń, gdzie wininem być jeśli nie panem i liderem łańcucha pokarmowego, to przynajmniej sytuować się w jego górnych rejonach. Tymczasem nic z tego, bo na teren mój, ten obszar uznany za miejsce, w którym się chodzi (podkreślam etymologie rzeczownika „chodnik”), wdzierają się niecni barbarzyńcy, w powszechnej opinii nazwani rowerzystami.  Ci to, którzy w razie braku ścieżki rowerowej zobowiązani są poruszać się po jezdni, bezprawnie i bezczelnie łamią granicę,  naruszając autonomię naszą – ludzi spacerujących.  Nie dziwota to – wiadomo powszechnie, że lepiej stać wyżej, niż niżej, być raczej drapieżcą niźli ofiarą. Tak więc z dróg, gdzie są jedynie słabeuszami, tymi niemającymi szans w starciu z samochodami, gdzie są bez przerwy wyprzedzani, napastowani dźwiękiem klaksonów i złośliwymi uwagami kierowców, uciekają tchórzliwie na nasze deptaki (tak, tak deptaki, a więc przestrzenie, gdzie się depta), a tam to już hulaj duszo piekła nie ma. Tam to oni są najwięksi i najszybsi. Awansują w hierarchii, łechtają swoją próżność i jest im dobrze, mimo iż najeźdźcami są, gwałcicielami praw przechodnia spod bloku.

Cóż zaś ów przechodzień może zrobić? Cóż teraz szary człowieku? zacytować można by Falladę.  Zostałeś przechodniu zdegradowany, drapieżcy wdarli się na twój teren i panoszą się po nim bezkarnie, a ty nawet sprzeciwić się nie możesz – wszak mają gabaryty największe na chodniku, a jako rzecze Interwał: Z takimi gabarytami, to mogą skoczyć każdemu… Narzucają więc swój porządek i jeżdżą, jeżdżą, jeżdżą. Rozpychają się po przystankach, taranują staruszki, pchają na pasy, nie racząc nawet zsiąść z roweru… Wpadają na miłośników spacerów siniaki im nabijając oraz kości ich gruchocząc i nic, ale to nic sobie z tego nie robią. W końcu mają odpowiednie ku temu gabaryty, a jak mawia Interwał: Z takimi gabarytami to każdemu mogą skoczyć. I pozostaje nam tylko z żalem westchnąć: gdyby istniała gdzieś karta praw przechodnia spod bloku, której nie gwałcilici inni my, ci z gruzów wznoszący mocarstwa… Gdyby tylko istniała…. Gdyby nie była raz po raz gwałcona…  Wszak, ja praw rowerzysty nie gwałcę i nie wchodzę na jego ścieżki. Niech on uszanuje moje. I tym o to patetycznym i płaczliwym zdankiem tekst niniejszy kończę. Koniec imprezy.

Paweł Bernacki